poniedziałek, 12 października 2020

Posłuchajmy razem Vol. 34

 

001 THE GRATEFUL DEAD – „Playing In The Band” (21:11)
- z albumu „Dick's Picks Volume One: Tampa Florida 12/19/73” (1993)

002 THE GRATEFUL DEAD – „Death Don't Have No Mercy” (10:29)
- z albumu „Live/Dead” (1969)

003 FRANK ZAPPA – „King Kong” (8:14)
004 FRANK ZAPPA – „The Orange Conty Lumber Truck II” (10:41)
- z albumu Zappa/Mothers Of Invention ?– „Ahead Of Their Time” (1993)

005 MAN - "Spunk Rock" (24:50)
- z albumu „Live At The Padget Rooms, Penarth” (1972/2007)
to nagranie jest tylko w rozszerzonej dwupłytowej wersji tego albumu z 2007 r.

Całkowity czas: 75:34

Jak z powyższego zestawienia widać najbardziej lubię długie improwizowane utwory z małą ilością tekstu i z dużą dawką muzyki instrumentalnej. Zdaję sobie sprawę z tego, że większość przeciętnych słuchaczy muzyki ludzi lubi dokładnie odwrotne proporcje w muzyce, ale ja nie jestem masowym słuchaczem.

W załączniku koncertowa wersja utworu „Playing In The Band” zespołu The Grateful Dead z koncertów tej grupy w sali Civic Center Music Hall w Oklamhoma City odbytych w dniu 15 XI 1972 r.

Kompozycja The Grateful Dead pt.: „Playing in the Band” w wersji koncertowej z długimi improwizacjami, to jedno z moich najbardziej ukochanych nagrań. Mogę go słuchać zawsze i wszędzie - dosłownie w nieskończoność.

czwartek, 10 września 2020

Posłuchajmy razem Vol. 33


001 EMERSON LAKE & PALMER - The Barbarian (4:32)
002 EMERSON LAKE & PALMER - Knife-Edge (5:09)
003 EMERSON LAKE & PALMER - Tank (6:52)
- z albumu „Emerson Lake And Palmer” (1970 r.)

004 GENESIS - Dance On A Volcano (5:55)
005 GENESIS - Squonk (6:30)
006 GENESIS - Los Endos (5:46)
- z albumu „A Trick Of The Tail” (1976 r.)

007 KING CRIMSON - Sailor's Tale (7:30)
008 KING CRIMSON - The Letters (4:29)
009 KING CRIMSON - Exiles (7:41)
- z albumu „Islands” (1971 r.)

010 YES - The Gates The Delirium (21:54)
- z albumu „Relayer” (1974 r.)

Całkowity czas: 76:37

W załączniku utwór „The Letters” grupy King Crimson

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Posłuchajmy razem Vol. 32


001 DAVID BOWIE - Space Oddity (5:16)
- z albumu "David Bowie" (1969)

002 ERIC CLAPTON - Layla Unplugged (4:46)
003 ERIC CLAPTON - Old Love Unplugged (7:53)
- z albumu "Unplugged" (1992)

004 FRANK ZAPPA - Black Napkins (4:15)
005 FRANK ZAPPA - Zoot Allures (4:13)
006 FRANK ZAPPA - The Torture Never Stops (9:46)
- z albumu "Zoot Allures" (1976)

007 THE GRATEFUL DEAD - China Doll (4:11)
008 THE GRATEFUL DEAD - Unbrocken Chain (6:47)
009 THE GRATEFUL DEAD - Scarlet Begonias (4:20)
- z albumu "From The Mars Hotel" (1974)

010 BLIND FAITH - Had To Cry Today (8:49)
- z albumu "Blind Faith" (1969)

011 STEVE HILLAGE - Eight Miles High (4:31)
- nagranie dodatkowe ze wznowienia albumu "L" (2007)

012 NEIL YOUNG - Words live (11:07)
- nagranie z albumu "Road Rock V1" (2000)

Pełny czas: 76:16

W załączniku nagranie grupy The Grateful Dead - "Unbroken Chain". To jeden z tych utworów, których mogę słuchać na okrągło w nieskończoność, tak nieskończenie piękna jest ta piosenka.

poniedziałek, 6 lipca 2020

Posłuchajmy razem Vol. 31


001 THE ALLMAN BROTHERS BAND
       - Whipping Post (23:04)
       - z albumu"The Allman Brothers Band At Fillmore East" (1971)
002 FRANK ZAPPA & THE MOTHERS OF INVENTION
       - The Little House I Used To Live In (18:42)
       - z albumu "Burnt Weeny Sandwich" (1970)
003 QUICKSILVER MESSENGER SERVICE
       - Calvary (13:34)
       - z albumu "Happy Trails" (1969)
004 THE GRATEFUL DEAD
       - Dark Star (23:07)
       - z albumu " Live/Dead" (1969)

Pełny czas: 78:34

Utwory na tej składance dobrze oddają charakter tego, jakiej muzyki najbardziej lubię słuchać na co dzień. Jak widać w większości to długie i dość skomplikowane utwory czysto instrumentalne lub z minimalnymi partiami wokalnymi. Powiem szczerze, że partie wokalne - nie licząc bluesa i paru innych wyjątków - w muzyce dość mocno mnie irytują. Uważam bowiem, że muzyka powinna przemawiać sama z siebie bez dodatkowych wskazówek literackich.

Niestety, w muzyce rockowej, poza wybitnymi wyjątkami np. Bobem Dylanem, a już zwłaszcza w muzyce pop, testy piosenek to w większości grafomaństwo w najczystszej postaci. Ta przypadłość dotyczy nawet największych twórców rocka. Przykładowo pod względem muzycznym utwory Led Zeppelin są bardzo dobre w swoim gatunku, ale jak człowiek zacznie wgłębiać się w ich teksty, to można popaść w depresję, gdyż są tak beznadziejne złe.

Drugą sprawą jest uniwersalność muzyki instrumentalnej, w porównaniu z muzyką z fragmentami śpiewanymi. Teksty w takich utworach trzeba zrozumieć, aby w pełni pojąć jaki był zamysł danego artysty, a to nie jest takie proste. W większości teksty te są napisane i śpiewane w j. angielskim, więc trzeba dobrze znać ten język, aby je zrozumieć. Oczywiście ktoś powie, że trzeba się było uczyć języków, aby je zrozumieć, ale to nie jest takie proste.

Problem w tym, że nie wystarczy umieć języka, bo zrozumieć intencje artysty je piszącego, bo są one zazwyczaj w dużym stopniu wieloznaczne, a więc trudne do prostego przetłumaczenia. Nawet jak są to teksty po polsku, to niekiedy - z powodu aranżacji i interpretacji - trudno je zrozumieć. W każdym razie tylko nieliczni mają dar dobrego przetłumaczenia takich literackich tekstów. Dar taki mieli niektórzy redaktorzy dawnych audycji muzycznych Polskiego Radia. Jednym z nich na pewno był Tomasz Beksiński.

Na koniec trzeba powiedzieć, że muzyka z fragmentami śpiewanymi jest uważana przez większość ludzi na świecie za bardziej przystępną. Nawet w muzyce klasycznej wszystko to co ma fragmenty śpiewane jest bardziej lubiane, np. opery, niż sama muzyka wyłącznie instrumentalna, np symfonie.

Wszyscy czterej prezentowani na tej składance wykonawcy, to artyści amerykańscy. W swoim kraju są oni bardzo znani i uznani, choć obecnie może już też trochę zapomniani, ale w Polsce są znani prawie wyłącznie koneserom. Wszyscy oni są jakby zaprzeczeniem tego z czym na co dzień kojarzymy muzykę popularną z USA, a więc wszechogarniająca komercją. W przeciwieństwie do niej wszyscy prezentowani tutaj artyści, to przykłady ambitnej amerykańskiej muzyki popularnej.

Kariera wszystkich z nich rozpoczęła się w latach 60. i miała silne konotacje z ideologią hipisowską, choć niekiedy, jak w przypadku Zappy, te konotacje polegały głównie na krytyce dziecinnego spojrzenia na świat "dzieci kwiatów" z dobrze sytuowanych amerykańskich rodzin. Wszystkie z tych zespołów grały muzykę w dużym stopniu opartą na improwizacji, która szczególnie dobrze prezentowała się na koncertach.

Zespół The Allman Brothers Band powstał w styczniu 1969 r. w Muscle Shoals w Alabamie z połączenia dwóch amatorskich grup: Hour Glass i Second Coming. Choć nazwa grupy podkreślała znaczenie braci Allman: gitarzysty Duane'a oraz wokalisty i pianisty Gregga, to jednak w tym pierwszym okresie była w dużym stopniu zorganizowana na zasadzie komuny z równym znaczeniem wszystkich członków. Większość jej wczesnych kompozycji było dziełem obu braci, ale jej liderem był starszy z nich - Duane, obdarzony ponadprzeciętnymi zdolnościami gry na gitarze.

Zespół ten przeszedł różne, z reguły dość tragiczne koleje losu, gdyż pierwszy okres jego działalności przyniósł śmierć w wypadkach drogowych aż dwóm jego ważnym członkom: Duane Allman zginął 29 X 1971 r., a Berry Oakley - 11 XI 1972 r. Grupa przetrwała, ale jej kariera została złamana na wiele lat. W pełni odrodziła się dopiero po dołączeniu do niej dwóch innych wybitnych muzyków: gitarzysty Warrena Haynesa i basisty Allena Woody (zmarł przedwcześnie 26 VIII 2000 r.). Zespół ten uważany był za najwybitniejszego przedstawiciela stylów: southern i jam rocka.

Utwór "Whipping Post" ("Słup do biczowania") pochodził z debiutanckiego albumu Allmanów wydanego w listopadzie 1969 r. Była to kompozycja Gregga Allmana, ale jej basowy ponury riff na początku skomponował basista grupy Berry Oakley. Jego najsłynniejsza, wielokrotnie dłuższa wersja, znalazła się na koncertowym albumie "Fillmore East" uznanym powszechnie za jedną z najlepszych płyt nagranych "na żywo" w historii muzyki rockowej.

Pierwszy raz usłyszałem to nagranie, a także cały koncert "The Fillmore East" dopiero w dwóch audycjach "Klub Stereo" nadanych w dniach 16 i 17 II 1988 r. Wiedziałem o tej płycie od dawna, ale nie mogłem jej nagrać, bo nikt, kogo znałem, nie miał tego podwójnego albumu. Gdy go po raz pie5rwszy przesłuchałem, od razu wiedziałem, że muszę mieć to wydawnictwo. Kupiłem ją na CD dopiero jednak w 1994 r., bo była wówczas bardzo droga i trudno dostępna w Polsce.

Frank Zappa (21 XII 1940 - 4 XII 1993) był jednym z największych kompozytorów muzyki w XX w. Właśnie, nie tylko gitarzystą grającym rocka czy jazz, ale przede wszystkim kompozytorem tworzącym w różnych stylach, od doo-wop poprzez rocka, jazz, muzykę eksperymentalną po klasyczne kompozycje orkiestrowe. Ta różnorodność i ogromny dorobek twórczy tego niezwykle oryginalnego ale też pracowitego muzyka budzą podziw, ale też zgrozę wśród słuchaczy.

Pierwsze ze swych albumów nagrał wraz z założoną przez siebie grupą The Mothers Of Invention. Zespół ten uważany jest za jeden z najbardziej nowatorskich w historii muzyki popularnej. W pierwotnej wersji grupa ta istniała w latach 1964-1969. W późniejszym okresie występowała w kilku różnych mutacjach istniejących do 1975 r. Niezależnie od macierzystej formacji Zappa nagrywał także już w okresie jej istnienia także płyty które sygnował tylko własnym nazwiskiem.

Prezentowany na składance utwór "The Little House I Used To Live In" pochodzi z albumu "Burnt Weeny Sandwich" wydanego w 1970 r., ale zawierającym nagrania zarejestrowane podczas koncertów The Mothers Of Inventuion w okresie od sierpnia 1967 do lipca 1969 r. Wspomniany utwór to długa improwizacja głównie o jazz rockowym charakterze, ale z elementami rocka awangardowego i progresywnego.

W utworze tym wykorzystano różne nietypowe dla rocka instrumentarium, m.in. klawesyn, skrzypce, sekcję dętą i różnego rodzaju piszczałki. Sam podstawowy zespół rockowy został wzmocniony o drugiego gitarzystę i drugiego perkusistę dzięki czemu uzyskano potężne gęste brzmienie. Kompozycja ma bardzo skomplikowaną budowę, gdyż składa się z wielu tematów muzycznych, ich przetworzeń i improwizacji. W sumie uważa się ją za jedną z najlepszych i najbardziej oryginalnych kompozycji Franka Zappy.

W latach 80., kiedy słuchałem audycji muzycznych w Polskim Radio, płyta "Burnt Weeny Sandwich" nie była prezentowana na antenie radiowej. Utworu tego mogłem posłuchać dopiero z chwilą gdy na początku lat 90. kupiłem płytę z tą kompozycją na CD.

Grupa Quicksilver Messenger Service jest jednym z klasyków amerykańskiego rocka psychodelicznego. W pierwszym okresie swej działalności, czyli w latach 1965-1979, zespół nagrał siedem albumów studyjnych i dwa koncertowe. Wśród nich ponad przeciętność wybijały się zwłaszcza dwie płyty: debiutancka "Quicksilver Messenger Service" (1968) oraz koncertowa płyta "Happy Trails" (1969). Na tej ostatniej najciekawszym nagraniem była wielowątkowa improwizacja "Who Do You Love" wywodząca się z klasycznego rock and rolla Ellasa McDaniela, czyli Bo Diddleya pod tym samym tytułem.

Niestety z powodu ograniczeń czasowych, na tę składankę musiałem wybrać z tego albumu inne nagranie, utwór "Calvary". To także dość długa kompozycja, ale tym razem dzieło członka zespołu Gary Duncana - gitarzysty i wokalisty. Tak jak w wielu innych wypadkach o chęci posłuchania tego zespołu zadecydował artykuł o tym zespole autorstwa młodego W. Weissa w miesięczniku "Jazz. Magazyn Muzyczny".

Utworem zamykającym składankę jest słynna improwizacja "Dark Star" zespołu The Grateful Dead z kultowego albumu " Live/Dead" z 1969 r. Ten wciąż mało znany w Polsce zespół uważany jest za najważniejszego przedstawiciela muzyki epoki hipisów. Jego płyty studyjne były dość zachowawcze, bo zawierały z reguły dość krótkie utwory często o piosenkowym charakterze, ale dopracowane kompozycyjnie i brzmieniowo.

Pełnię swych możliwości grupa ujawniała, podobnie jak The Allman Brothers, dopiero na koncertach. Każdy ich występ na żywo był wielkim i przemyślanym misterium trwającym często przez wiele godzin. Utwory własne grupy i zapożyczone od innych, były tak dobrane, aby umożliwić zbudowanie na ich podstawie nieskrępowanych improwizacji. Te improwizacje były samodzielnymi dziełami muzycznymi, w pełni przemyślanymi, pełnymi inwencji, żarliwości i wciągającymi słuchacza jakąś wewnętrzną siłą w głąb własnej podświadomości.

Kompozycje z początku koncertu były najczęściej dość proste, a więc grano rock and rolle, bluesy i proste utwory rockowe, które stopniowo przechodziły w coraz bardziej wyszukane formy. W końcowych fazach koncertu ich brzmienie zbliżało się do muzyki awangardowej, bliskiej dokonaniom Henry Cow czy King Crimson (w wersji improwizowanej z okresu "Starless And Bible Black"). Zwłaszcza ta ostatnia forma może odstręczać mniej przygotowanego słuchacza do obcowania z dziełami The Dead.

Podobnie jak w przypadku Allmanów grupa była zorganizowaną komuną muzyczną, której członkowie działali na równych prawach, ale kierunek poczynaniom zespołu nadawał jeden z jej dwóch gitarzystów, a także wokalista Jerry Garcia. Nie miał on jednego z palców, więc jego styl gry na gitarze dostosowany był do tego faktu, dodatkowo grał na gitarze skonstruowanej tak, aby grała wolniej niż inne tego typu instrumenty (z reguły gitarzyści zlecali budowę gitar które grały szybciej).

Ważną rolę odgrywał też drugi gitarzysta i wokalista tego zespołu Bob Weir, który razem liderem był kompozytorem większości repertuaru grupy. Znaczny wkład w brzmienie The Dead mieli także długoletni członkowie tego zespołu, a zwłaszcza basista i wokalista Phil Lesh i dwaj perkusiści: Bill Kreutzmann i Mickey Hart. Teksty do piosenek grupy pisał Robert Hunter.

Grupa stworzyła najlepszy na świecie system nagłośnienia swych instrumentów na koncertach, co było dosłowną realizacją "ściany dźwięku" kontrolowanej bezpośrednio przez samych muzyków, a nie przez inżyniera przy konsolecie poza sceną. Potężne brzmienie zespołu wynikało też z podwojenia perkusistów i gitarzystów, co było podobne do instrumentarium w grupie braci Allman.

Podobnie jak większość innych zespołów epoki lat 60. pierwsze płyty grupy wychodziły z klasycznego dwunastotaktowego bluesa, ale szybko przybrały nową formę zwaną psychodelicznym rockiem. Ten nowy gatunek powstał głównie jako skutek zażywania przez członków zespołu środków psychoaktywnych (narkotyki były zresztą przyczyną przedwczesnej śmierci Jerry Garcii w 1995 r.). Grupa tworzyła także w innych stylach, m.in. country rocka, symfonicznego rocka i awangardowego rocka.

Album "Live/Dead" jest jedną z najsłynniejszych płyt koncertowych w historii rocka. Nagrano go na koncertach w okresie od stycznia do marca 1969 r. Grupa była wówczas w szczytowej formie. Uważa się, że jest to jednej z najlepszych przykładów uchwycenia istoty muzycznego brzmienia danego wykonawcy na płycie.

Utwór "Dar Star" ("Ciemna Gwiazda") to kompozycja zbiorowa wszystkich członków grupy a zarazem ich zbiorowa improwizacja. To zaprzeczenie "Jasnej Gwiazdy" z ideologii hipisów. Pierwotna wersja utworu wydana na singlu w kwietniu 1968 r. liczyła niecałe trzy minuty. Wersja koncertowa tego utworu ma 23 minuty i dobrze pokazuje na czym polegał fenomen The Grateful Dead.

Ogólnie rzecz biorąc utwór "Dark Star" był mieszkanką jazzu, improwizacji i psychodelicznego rocka. Utwór ten był bardzo często wykonywany przez zespół na koncertach i zarejestrowano go w licznych wersjach, ale ta najważniejsza pochodzi właśnie z albumu "Live/Dead".

Po raz pierwszy przeczytałem o zespole The Grateful Dead w "Magazynie Muzycznym Jazz" w 1980 r. Zachęcony tym tekstem bardzo chciałem posłuchać nagrań tego zespołu, a zwłaszcza płyty "Live/Dead". Niestety w latach 80. nigdy nie zaprezentowano jej w audycjach muzycznych PR. Albumu tego mogłem posłuchać dopiero w 1993 r., kiedy kupiłem go na płycie kompaktowej.

W załączniku utwór"Calvary" zespołu Quicksilver Messenger Services

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Posłuchajmy razem Vol. 30


       TALK TALK – “The Colour of Spring” (1986)
001 Happines Is Easy (6:31)
002 Lif'e What You Make It (4:29)
003 Living In Another World (6:55)
004 Time It's Time (8:11)

       THIS MORTAIL COIL – “It'll End in Tears” (‘84)
005 Fyt (4:24)
006 Holocaust (3:38)
007 Another Day (2:54)
008 Fond Affection (3:51)

        COCTEAU TWINS – “Treasure” (1984)
009 Beatrix (3:12)
010 Pandora (5:31)
011 Persephone (4:18)

        DEAD CAN DANCE
        - “Within the Realm of a Dying Sun” (1987)
012 Anywhere Out Of The World (5:07)
013 Windfall (3:31)
014 In The Wake Of Adversity (4:14)
015 Cantara (5:58)
016 Summoning Of The Muse (4:57)

Pełny czas: 78:15

Tym razem fragmenty wybranych płyt, muzycznych arcydzieł, podopiecznych Ivo Watts-Russella, szefa wytwórni 4AD. Te przejmujące do głębi kompozycje wykonane wręcz z religijną egzaltacją dowodzą, że także w ogólnie miałkich latach 80. XX w. powstało coś wartościowego i ponadczasowego w muzyce. 

W załączniku teledysk z utworem "Anywhere Out Of The World" grupy Dead Can Dance.

poniedziałek, 11 maja 2020

Posłuchajmy razem Vol. 29



THIN LIZZY – “Chinatown” (1980)
001 We Will Be Strong (5:09)
002 Chinatown (4:41)
003 Genocide (The Killing of the Buffalo) (5:06)

WISHBONE ASH – “Just Testing” (1980)
004 Living Proof (5:43)
005 Insomnia (5:07)
006 Helpless (4:05)

MICHAEL SCHENKER GROUP
– “The Michael Schenker Group” (1980)
007 Into the Arena (4:17)
008 Tales of Mystery (3:22)
009 Lost Horizons (7:08)

RUSH – “Signals” (1982)
010 Subdivisions (5:34)
011 The Analog Kid (4:48)
012 Countdown (5:50)

ROBERT PLANT – “Pictures at Eleven” (1982)
013 Burning Down One Side (3:58)
014 Moonlight In Samosa (4:01)
015 Slow Dancer (7:47)

Pełny czas: 76:44

Tym razem składanka złożona z bardziej hard rockowych brzmień. Wszystkie nagrania pochodzą z płyt nagranych na początku lat 80., a więc w czasach mojej młodości. Niektóre z tych płyt są do dzisiaj bardzo znane i popularne np. album “Signals” grupy Rush. Inne sąnieco zapomnaine np. “Just Testing” zespołu Wishbone Ash.

Do prezentacji w teledysku wybrałem utwór wielki przebój grupy Rush "Subdivisions" w wersji z oficjalnego teledysku z epoki. To jedno z moich najbardziej ulubionych nagrań tego zespołu. No i jeszcze ten tekst o tym, że w skonformizowanym świecie nie ma miejsca dla inności: "Dostosuj się albo zostaniesz odrzucony".

wtorek, 14 kwietnia 2020

Posłuchajmy razem Vol. 28



001 PINK FLOYD - See Emily Play (2:54)
002 PINK FLOYD - Remember A Day (4:29)
003 RICHARD WRIGHT - Against The Odds (4:00)
004 RICHARD WRIGHT - Cat Cruise (5:16)
005 RICHARD WRIGHT - Waves (4:21)
006 EDGAR FROESE - Detroit Snackbar Dreamer (6:37)
007 CHRIS SQUIRE - You By My Side (5:00)
008 CHRIS SQUIRE - Safe (Canon Song) (14:57)
009 JOHN CALE - Child's Christmas In Wales (3:21)
010 JOHN CALE - Hanky Panky Nohow (2:47)
011 JOHN CALE - The Endless Plain Of Fortune (4:13)
012 QUICKSILVER - Edward The Mad Shirt Grinder (9:22)
013 THE ALAN PARSONS PROJECT - La Sagrada Familia (8:48)

Całkowity czas: 76:29

To fantazyjna składanka różnych wykonawców i nagrań, głównie z lat 70, ale są też utwory z lat 60 i jeden z lat 80. XX w. Wybrałem nagrania mniej znane u masowego odbiorcy, ale znane wśród koneserów (nie licząc oczywiście megagwiazdy jaką jest Pink Floyd). Jak Ktoś szuka czegoś dobrego, a jeszcze nie tak ogranego, to w sam raz zbiór nagrań na taką okazję.

W teledysku utwór „You By My Side” z albumu „Fish out of Water” (1975) przygotowanego jako płyta solowa przez Chrisa Squire’a. Obecnie to album nieco zapomniany, ale w epoce był on wielkim osiągnięciem artystycznym tego nieżyjącego już basisty, a zarazem cichego lidera grupy Yes. Jak się posłucha tej płyty to wyraźnie widać, Kto był odpowiedzialny za klasyczne brzmienie grupy Yes w latach 70.

https://www.youtube.com/watch?v=4CgFDJKUCRQ

poniedziałek, 9 marca 2020

Posłuchajmy razem Vol. 27



      THEM
001 Baby Please Don't Go (2:42)
002 Gloria (2:38)
003 Bright Lights Big City (2:32)
004 Here Comes The Night (2:48)
005 If You And I Could Be As Two (2:54)
006 I'm Gonna Dress In Black (3:31)
- wybór nagrań ze składanki „The Story Of Them” x 2, Deram/Decca, 1997

       MANFRED MANN
007 Do Wah Diddy Diddy (2:32)
008 5-4-3-2-1 (2:00)
009 Hubble Bubble Toil And Trouble (2:26)
010 I Put A Spell On You (3:38)
011 Why Should We Not (2:20)
- wybór nagrań ze składanki „The Best Of. The EMI Years”, EMI, 1993

       SPENCER DAVIS GROUP
012 When A Man Loves A Woman (3:10)
013 Back Into My Life Again (2:26)
014 Every Little Bit Hurts (3:28)
015 Hey Darling (4:46)
016 I'm Getting Better (2:11)
017 Let Me Down Easy (3:00)
- wybór nagrań ze składanki „Eight Gigs A Week. The Steve Winwood Years, CD x 2, Island /Chronicles, 1996

      THE PRETTY THINGS
018 Can't Stand The Pain (2:40)
019 Detecting Grey (4:28)
020 LSD (2:24)
021 October 26 (4:54)
022 Sittin' All Alone (2:47)
- wybór nagrań ze składanki „Singles As & Bs”, CD x 3, Repertoire, 2002

       THE SHADOWS
023 Apache (2:57)
024 FBI (2:23)
025 Peace Pipe (2:15)
026 The Frightened City (2:25)
027 Wonderful Land (2:06)
- wybór nagrań ze składanki „Greatest Hits”, EMI, 1963/2004

Pełny czas: 79:03

Tym razem proponuję zestaw wybranych nagrań klasyków rocka z lat 60.: grupy Them działającej w latach 1964-1979 (jej liderem był Van Marrison), zespołu Manfred Mann działającego w latach 1962-1969 (jego liderem był Manfred Mann), zespołu The Spencer Davis Group istniejącego w latach 1963-1969 (a także później), którego liderami byli Spencer Davis i Steve Winwood, grupy Pretty Things istniejącej nieustannie od 1963 r. (jej założycielem był Phil May) oraz zespołu The Shadows w klasycznym okresie działającego w latach 1958-1968 (a także później), którego liderem był Hank Marvin.

Pierwsza z tych grup, czyli zespół Them, to zespół irlandzki, a pozostałe, to grupy brytyjskie. Niektóre z tych zespołów przetrwały do naszych czasów, ale ich największa sława i wkład w rozwój muzyki popularnej przypadły na lata 60. XX w. Niektórzy liderzy tych grup. np. Van Morrison i Steve Winwood po odejściu z macierzystych formacji odnieśli znacznie większy sukces niż w grupach, w których debiutowali.

W załączniku teledysk z epoki z wykonaniem utworu „Baby Please Don't Go” grupy Them, obecnie absolutnego klasyka i standardu muzyki rockowej.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Posłuchajmy razem Vol. 26


001 IT'S A BEAUTIFUL DAY - Bombay Calling (4:26)
002 FAIRPORT CONVENTION - Autopsy (4:27)
003 ERIC BURDON & WAR - Nights In White Satin (4:29)
004 ERIC CLAPTON & STEVE WINWOOD - Had To Cry Today (7:47)
005 QUEENS OF THE STONE AGE - Like A Drug (3:15)
006 NICK CAVE - Loverman (6:21)
007 GARY MOORE - As The Years Go Passing By (7:45)
008 RADIOHEAD - Karma Police (4:21)
009 QUEEN - Dead Of Two Legs (3:43)
010 ALAN PARSONS PROJECT - I Robot (5:15)
011 PROCOL HARUM - Fires Which Burn Brightly (5:12)
012 RENAISSANCE - Things I Don't Understand (9:32)
013 GENESIS - One For The Vine (10:00)

Całkowity czas: 77:06

To mój fantazyjny wybór różnych wykonawców muzyki popularnej i ich nagrań z kilku ostatnich dekad. Bardzo znanych i mniej znanych, ale zawsze tworzących piękne melodie i zapadające w pamięć.

W załączniku utwór "Bombay Calling" z 1969 r. zespołu It's A Beautiful Day. Ten wspaniały utwór jest protoplastą rockowego mega przeboju "Child in Time" Deep Purple.

wtorek, 7 stycznia 2020

Posłuchajmy razem Vol. 25

    
   BOB MARLEY
001 Concrete Jungle (4:14)
002 400 Years (2:46)
003 Baby We've Got a Date (Rock It Baby) (3:58)
004 Kinky Reggae (3:39)
005 No More Trouble (4:00)
006 Midnight Ravers (5:11)
- nagrania z albumu – “Catch a Fire” (1973)

        PETER TOSH
007 Get Up Stand Up (3:29)
008 Downpressor Man (6:25)
009 Equal Rights (5:58)
010 Jah Guide (4:29)
- nagrania z albumu "Equal Rights" (1977)

        BURNING SPEAR
011 Man in the Hills (4:04)
012 Black Soul (3:29)
013 People Get Ready (3:26)
014 Groovy (3:57)
- nagrania z albumu – “Man in the Hills” (1976)

        BLACK UHURU
015 Youth of Eglington (5:01)
016 Sponji Reggae (4:53)
017 Puff She Puff (5:09)
018 Rockstone (4:35)
- nagrania z albumu – “Red” (1981)

Pełny czas: 78:51

Tym razem proponuję składankę z utworami w stylu reggae. Pierwowzorem muzyki reggae była muzyka ska powstała na Jamajce w połowie lat 50. następnie rozwinięta w połowie lat 60. XX w. w postaci stylu rocksteady. Oba te gatunki charakteryzowały się wyrazistą linią basu i akcentem perkusyjnym kładzionym na drugą i czwartą nutę taktu, przy czym w ska temp było szybkie a w rockstedy wolne.

Znana nam obecnie muzyka reggae narodziła się w Kingston na Jamajce pod koniec lat 60. z muzyki ska i rocksteady połączonej z innymi stylami muzycznymi: tradycyjną jamajską muzyką taneczną mento i stylem calypso oraz amerykańskim jazzem i rythm and bluesem. W uproszczeniu można powiedzieć że reggae jest takim jamajską odmianą bluesa ze zwiększoną rolą partii basowych grających w stylu perkusyjnym. Główna różnica do dotychczasowych stylów polegała na tym, że w reggae charakterystyczny powolny kołyszący rytm jest wolniejszy od ska, ale szybszy niż w rocksteady.

Po raz pierwszy słowa reggae w utworze muzycznym użyła grupa Toots and The Maytals  na swym singlu pt. "Do The Reggay" wydanym w 1968 r. Pochodzenie słowa reggae ma wiele tłumaczeń, ale najbardziej prawdopodobnym jest to, które wywodzi go od lokalnego slangowego określenia prostytutki na Jamajce. Takie tłumaczenie odpowiadałoby też bluesowej tradycji, w której wiele zwrotów i slangowych określeń miało erotyczne konotacje.

Muzyka reggae pozostała by może na zawsze jedynie lokalną atrakcja gdyby nie Chris Blackwell właściciel brytyjskiej wytwórni płytowej Island Records. Odkrycie przez niego reggae nie było przypadkowe, gdyż wytwórnię tę założył w 1959 r. właśnie na Jamajce w celu wydawania tamtejszej muzyki ska. Jednak z powodu różnych trudności już w 1962 r. przeniósł ją do Wielkiej Brytanii. Gdy w końcu lat 60. na Jamajce rozprzestrzenił się Ruch Rastafari (ruch religijny zapoczątkowany w latach 30. przez Marcusa Garveya) a wraz z nim grupa nowych młodych wykonawców głosząca jego przesłanie Blackwell dostrzegł w ich muzyce szansę dla siebie. Po niezbędnych przygotowaniach już 13 IV 1973 jego wytwórnia wydała album "Catch A Fire" Boba Marleya i jego zespołu The Wailers. Był to początek światowej kariery Boba Marleya i muzyki reggae.

Pierwotny zespół Bob Marley & The Wailers działał na Jamajce w latach 1963-1973 grając początkowo muzykę ska i rocksteady, a wreszcie reggae. Tworzyło go wówczas 6 muzyków: Bob Marley, Bunny Livingston (vel Wailer), Peter Tosh, Junior Braithwait, Beverley Kelso i Cherry Green. Przy nagrywaniu pierwszego albumu dla Island z dawnego składu The Wailers pozostali tylko trzej pierwsi muzycy. Jednak szybko także oni odeszli z grupy po tym jak Chris Blackwell zaczął jawnie forować Boba Marleya na lidera tego zespołu. W ten sposób grupa The Wailers z lat 1974-1981 to był jedynie zespół towarzyszący Marleyowi a nie równoprawni twórcy jej repertuaru. Dobrze rozwijającą się karierę Boba Marleya przerwała jego choroba i śmierć w 1981 r. (zmarł na raka).

Drugie wcielenie zespołu The Wailers z lat 1974-1981 tworzyli: bracia Aston (bass) i Carlton Barrett (drums, percussion) grający z Marleyem już od 1970 r., a także wielu innych muzyków, w tym Earl Lindo (keyboards), Tyrone Downie (keyboards, percussion, backing vocals), Alvin Patterson (percussion), Earl "Chinna" Smith (guitar), Donald Kinsey (guitar), Junior Marvin (guitar, backing vocals), a także cały zastep wokalistek wspomagających na czele z Ritą Marley (backing vocals).

Właściwie wszystkie płyty nagrane przez Boba Marleya i The Wailers w latach 1973-1980 stały się międzynarodowymi hitami, ale dla mnie te najważniejsze to: "Catch a Fire" (1973), "Burnin'" (1973), "Natty Dread" (1974), "Live" (1975), "Exodus" (1977) i " Babylon by Bus" (1978). Jako całości szczególnie cenię pierwszą z nich i koncert z 1976 r.

Po odejściu od pierwotnego The Wailers własne znaczące płyty w stylu reggae wydali także: Bunny Wailer (właściwie Neville O'Riley Livingston) i Peter Tosh (właściwie Winston Hubert McIntosh). Ten ostatni mial najbardziej radykalne poglądy polityczne z wszystkich wailersów, co przysporzyło mu wrogów i najpewniej doprowadziło do jego przedwczesnej śmierci w 1987 r. (został zamordowany).

O wielkim wkładzie tego ostatniego do brzmienia The Wailers niech świadczy fakt, że jeden z najbardziej znanych utworów tego zespołu " "Get Up, Stand Up" to wspólna kompozycja Tosha i Marleya z naciskiem na rolę tego pierwszego.

Peter Tosh tak opisał muzykę reggae:
"Korzenie reggae stanowi rytm, który pochodzi z serca. Muzyka korzeni, roots music, jest najważniejszą formą, w której możesz znaleźć miejsce dla wszystkich rodzajów idei. I dzieje się to tak długo, jak długo trzymasz się blisko źródła, którym są bębny i bas, gitara reggae i brzdąkające pianino, czyli to wszystko, co stanowi fundament pieśni".

Z kolei Bob Marley tak opisywał tę muzykę następująco:
"Reggae odzwierciedla realną sytuację społeczną, głębokie, nisko brzmiące partie basu, obrazują życie slumsów i ghett, zaś akcent bębnów jest znakiem wiary w to, że odradzająca się świadomość społeczna spowoduje zniesienie podziału na obywateli pierwszej i drugiej kategorii".

Po upływie 35-40 lat od chwili wypowiedzenia tych słów bieda i podziały w świecie jeszcze się pogłębiły. Ale obecnie muzyka reggae nie jest już tak popularna jak w latach 70. więc jej oddziaływanie i filozofia także zostały ograniczone.

Oprócz fragmentów dwóch najbardziej nowatorskich płyt boba Marleya i Petera Tosha na proponowanej przez mnie składance znalazły się także fragmenty dwóch innych wybitnych płyt wykonawców reggae: Burning Speara (właściwie Winston Godfrey Rodney) jednego z prekursorów tej muzyki, a także kultowej grupy reggae Black Uhuru.

Na teledysku koncertowe wykonanie kultowego utworu "Get up, stand up" przez grupę Boba Marleya w 1980 r.


czwartek, 5 grudnia 2019

Posłuchajmy razem Vol. 24


001 JETHRO TULL - Beggar's Farm (4:19)
       - z albumu "This Was" (1968)
002 THE DOORS - When The Music's Over (10:59)
       - z albumu "Strange Days" 1967)
003 IRON BUTTERFLY - In A Gadda Da Vida (17:10)
       - z albumu "In-A-Gadda-Da-Vida" (1968)
004 COLOSSEUM - The Valentyne Suite (16:59)
       - z albumu "Valentyne Suite" (1969)
005 JIMI HENDRIX - Voodo Chile Blues (8:47)
       - z albumu "Blues" (1994)
006 CAPTAIN BEEFHEART - Mirror Man (15:46)
- z albumu "Mirror Man" (1971)

Pełny czas: 74:10

Tę składankę przygotowałem kiedyś specjalnie na dzień św. Walentego, stąd znajduje się tutaj suita zespołu Colosseum "Valentyne Suite". W czasach mojej młodości, czyli na początku lat 80. XX w. zawsze w ten dzień utwór ten prezentował w Polskim Radio w swoich audycjach Piotr Kaczkowski. W tamtym czasie mało kto w Polsce wiedział o jakimś Dniu św. Walentego a przynajmniej takie święto nie istniało w masowej wyobraźni. Do jego popularyzacji, w erze przed nastaniem masowej pop kultury w naszym kraju, na pewno przyczynił się Piotr Kaczkowski. O samej muzyce powiem w dalszej części tej notatki.

Ogólnie rzecz biorąc na składankę tę wybrałem nagrania z lat 60 i początku 70, choć jedno zn nich w formie tutaj przedstawionej na płycie (dokładnie utwór Jimi Hendrixa) ukazało się dopiero w latach 90. Jedne z nich mają charakter psychodeliczny (The Doors, Iron Butterfly), a inne bluesowy i jazzowy (Jethro Tull, Colosseum, Jimi Hendrix, Captain Befheart) - przy czym to ostatnie także awangardowy.

Najkrótszym utworem na tej składance jest kompozycja "Beggar's Farm" ("Farma Żebraka") zespołu Jetrho Tull. W przeciwieństwie do większości utworów tego zespołu jej głównym autorem nie był autorytarny lider Ian Anderson, a jej gitarzysta Mick Abrahams. W tym wypadku Anderson musiał się zadowolić jedynie współudziałem w jej skomponowaniu. Poprzez to autorstwo utwór ten jest bliższy bluesa i jazzu niż inne utwory zespołu Jethro Tull.

Utwór "When The Music's Over" ("Gdy przebrzmi muzyka") zawsze należał do moich ulubionych. Zespół kolejny raz wyszedł tutaj poza czasowe i formalne klamry kilkuminutowej piosenki pozostawiając jednak charakterystyczną dla siebie chwytliwą melodykę. W nagraniu tym solo gitarowe Robbie Kriegera zostało celowo zniekształcone w studio, aby nadać mu jeszcze większej siły wyrazu. Recenzenci muzyczni częśto zarzucali temu utworowi, że nawiązuje swoją strukturą do uwielbianego przez większość fanów i krytyków utworu "The End" z debiutanckiej płyty grupy. W przeciwieństwie do większości fanów, ja nie lubię tego ostatniego utworu, za to uwielbiam właśnie "When The Music's Over". Lubię go, bo jest ona dla mnie kwintesencją prawdziwego muzycznego, a nie przegadanego zespołu The Doors.

Nagranie "In A Gadda Da Vida" ("W rajskich ogrodach wyobraźni") z albumu pod tym samym tytułem amerykańskiej grupy Iron Butterly jest jednym z najsłynniejszych w historii muzyki rockowej, a także w kulturze popularnej. To także klasyczny przykład na to czym był amerykański acid rock i psychodeliczny rock lat 60. Utwór ten uważa się także za prekursorski w stylu zwanym później heavy metalem. Gdy po raz pierwszy usłyszałem go w młodości byłem porażony potęgą jego brzmienia i niekończącymi się coraz bardziej wciągającymi improwizacjami. dla celów promocyjnych utwór ten skrócono i wydano na singlu i w tej wersji zna go większość przeciętnych miłośników muzyki.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem kompozycję "The Valentyne Suite" zespołu Colosseum, od raz się w nim zakochałem i ta miłość do niego trwa we mnie do chwili obecnej. To szczególnie udane artystycznie i przekonywujące muzycznie połączenie rocka psychodelicznego, progresywnego i jazzu. Pierwotnie utwór ten miał znaleźć się już na debiutanckim albumie grupy, ale w związku z tym, że album ten ukazał się już w Wielkiej Brytanii zamieszczono ją dopiero na drugiej płycie zespołu Colosseum. Pod względem formalnym utwór składa się z trzech części a ideowo opowiada o przebudzeniu przyrody po zimowym letargu (z lekkim nawiązaniem np. w okładce płyty do zwyczajów celtyckich).
Kompozytorem dwóch pierwszych części: "January Search" i "February's Valentyne" był Dave Greenslade (organy, wibrafon, pianino), a trzeciej "The Grass is Always Greener" dwaj inni członkowie tego zespołu: Dick Heckstall-Smith (saksofony) i Jon Hiseman (perkusja).

Jimi Hendrix z pewnością zasługuje na coś więcej niż tylko jedno nagranie. Ale tutaj wybrałem, i to nie przypadkowo, utwór "Voodo Chile Blues" z jednej z najważniejszych jego pośmiertnych płyt, albumu "Blues", wydanego w 1994 r. Opublikowana na nim wersja utworu "Voodo Chile" ("Dziecko czarownika"), silnie bluesowa, ale zachowująca swą hipnotyczną moc, ukazuje z cała wyrazistością, gdzie znajdowały się muzyczne inspiracje Hendrixa.

Składankę tę kończy monumentalny i najtrudniejszy na niej w odbiorze utwór "Mirror Man" ("Lustrzany Człowiek") z albumu pod tym samym tytułem nieodżałowanego Captain Beefhearta i jego zespołu Magic Band. Formalnie nagranie to ukazało się na piątej w kolejności płycie Kapitana w 1971 r., ale faktycznie album ten nagrany został już jesienią 1967 r. wówczas jednak wytwórnia wystraszyła się wydać te nagrania, bo uważa, że są one zbyt trudne w obiorze i nikt tej płyty nie kupi. Utwór "Mirror Man" jest przykładem na to jak prosty skądinąd utwór bluesowy może ewoluować w nieznane wcześniej rejony muzyczne dalekie od tradycyjnego pojmowania bluesa i wszechobecnej w muzyce pop komercji. Pod względem muzycznym, kompozycja ta to taka free jazzowa wersja pierwotnego wiejskiego bluesa.

To jeden z tych utworów po przesłuchaniu których żaden słuchacz nie może pozostać obojętny. Albo dozna oświecania i polubi nieznane mu wcześniej rejony muzyki mniej komercyjnej za to intelektualnie bardziej płodnej, albo na zawsze znienawidzi osobnika zwanego Captain Beehfeart z jego niekonwencjonalnym podejściem do faktury dźwiękowej. W tym drugim wypadku pozbawi się przy okazji obcowania z wieloma podobnymi poszukiwaniami muzycznymi wykraczającymi poza wąsko rozumianą i w sumie dość ograniczoną muzykę popularną. Nie przypadkowo więc portal Allmusic uważa płytę na której znalazł się utwór "Mirror Man" jako jedną z najważniejszych w całej karierze Beefhearta.

W załączniku link do koncertowej wersji utworu "Valentyne Suite" grupy Colosseum z koncertu w Montreux w 1969 r.

środa, 6 listopada 2019

Posłuchajmy razem Vol. 23



        TANGERINE DREAM
001 Stratosfear (10:37)
002 Invisible Limits (11:25)
        - nagrania z albumu "Stratosfear" (1978)
003 Rubycon Part One (17:21)
         - nagranie z albumu "Rubycon" (1975)
004 Richochet Part One (17:00)
        - nagranie z albumu "Richochet" (1975)
005 Monolight (19:36)
        - nagranie z albumu "Encore" (1977)

Pełny czas: 76:08

Dla większości fanów klasycznego elektronicznego rocka, czy jak kto woli, szkoły berlińskiej ten muzyki, niemiecki zespół Tangerine Dream, jest uosobieniem elektronicznego rocka jako takiego. Jednak nie był to pierwszy ani jedyny wykonawca, którzy tworzył muzykę za pomocą wyłącznie elektronicznego instrumentarium. W muzyce popularnej wcześniej od niego był choćby Walter Carlos w Ameryce, a w Niemczech równolegle z Tangerine Dream działało kilku innych wykonawców, m.in. Klaus Schulze i Ash Ra Tempel. Ale to właśnie TD uważany jest powszechnie za twórcę i najlepszego przedstawiciela elektronicznego rocka grającego w stylu "szkoły berlińskiej".

Aby muzyka elektroniczna mogła zaistnieć musiały powstać elektroniczne instrumenty. Pierwsze z nich powstały już przed 1939 r., ale dopiero w latach 50. XX w. nabrały one w pełni praktycznego znaczenia przy tworzeniu muzyki. Szczególnie ważnym dla muzyki popularnej wynalazkiem był Syntezator Mooga po raz pierwszy zaprezentowany publicznie w 1964 r.

W 1949 roku urodzony w Belgii i pracujący w Niemczech inżynier dr Werner Meyer-Eppler opublikował książkę pt.: "Elektronische Klangerzeugung: Elektronische Musik und synthetische Sprache", w której oprócz wyników badań nad syntezatorami mowy, znalazł się też wezwanie do tworzenia muzyki za pomocą czysto elektronicznych instrumentów. To właśnie w tej książce po raz pierwszy użyto terminu "muzyka elektroniczna" na określenie dźwięku tworzonego przez instrumenty elektroniczne. W 1951 r. Mayer-Eppler zaprezentował pierwszą kompozycję wyłącznie elektroniczną na jednym z kursów nowoczesnej muzyki w Darmsztadzie. Spotkało się to z dużym zainteresowaniem młodych kompozytorów muzyki klasycznej i krytyków.

Tego samego 1951 r. Meyer-Eppler wraz z kompozytorem Robertem Beyerem i muzykologiem i dziennikarzem Herbertem Eimertem przystąpili do organizacji przy radiostacji Nordwestdeutscher Rundfunk (NWDR) w Kolonii studia muzyki elektronicznej. Otwarto je ostatecznie 26 V 1953 r. Była to najważniejsza tego rodzaju placówka w Europie. Wkrótce później podobne placówki powstały także przy innych ważniejszych rozgłośniach radiowych naszego kontynentu, m.in. w Warszawie. Zorganizowano tutaj Studio Eksperymentalne Polskiego Radia, którego dokonania nawet obecnie robią duże wrażenie.

Jak to zwykle bywało w dziejach muzyki, prekursorami muzyki elektronicznej byli kompozytorzy działający w segmencie muzyki klasycznej, którzy jako pierwsi dostrzegli w elektronicznym instrumentarium nowe możliwości ekspresji artystycznej. Przeważnie byli to kompozytorzy awangardowi, którzy tworzyli muzykę szczególnie trudną w odbiorze, ale jednocześnie tacy, którzy mieli coś nowego do powiedzenia w sztuce, a nie tylko powielali zastany uporządkowany świat dźwiękowy. Wśród nich byli m.in.: Edgar Varese, Geory Ligetti, Luciano Berio, John Cage, Iannis Xenakis, Nauricio Kagel, Karl Heinz Stockhausen, czy Krzysztof Penderecki.

Tworzone przez nich kompozycje były mało przystępne dla masowego odbiorcy, stąd przez całe lata 50. i większość lat 60. muzykę elektroniczną utożsamiano ze skrajnymi odłamami klasycznej muzyki eksperymentalnej.

Po raz pierwszy fragmenty nagrań zespołu Tangerine Dream usłyszałem w pierwszej połowie 1980 r. w jednej z audycji muzycznych w Programie III Polskiego Radia. Nie potrafię jednak jednoznacznie wskazać co to była za audycja. Nadano wówczas niektóre z nagrań z podwójnego albumu koncertowego "Encore" z 1977 r. Wielkim przeżyciem była dla mnie prezentacja nagrań zespołu w trójkowej audycji Jerzego Korodowicza "Muzykobranie": 24 VIII 1981 r. nadano utwory "Desert Dream" (z albumu "Encore") i "Circulation Of Events" (z albumu "Atem"), a 31 VIII 1981 r. pierwszą część albumu "Alpha Centauri" z 1971 r. z tytułową suitą. Wszystkie te utwory nagrałem za pomocą magnetofonu szpulowego "Aria".

Doskonale też pamiętam dwukrotną prezentację płyty "Stratosfear" (1976) w audycjach "Studio Stereo" nadawanych w Programie IV Polskiego Radia. Po raz pierwszy zaprezentowano ją w dniach 3 i 10 X 1981 r., a po raz drugi w dniach 21 i 28 XI 1981 r. Ta druga prezentacja została wymuszona przez słuchaczy, którzy skarżyli się, że podczas pierwszej z nich doszło do znaczących zakłóceń podczas nadawania tego albumu w radio. Znaczącym przeżyciem była dla nie też prezentacja albumu "Zeit" z 1972 r. w dwóch audycjach z trójkowego cyklu "Głosy, Instrumenty, Nastroje" nadanych 10 i 24 II 1983 r.

Płytą "Stratosfear" byłem tak zachwycony, że kupiłem ją (nowy winyl) przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nastąpiło to podczas mojej wyprawy do sklepu muzycznego w Krakowie przy ul. Floriańskiej w kwietniu 1983 r. (niestety nie potrafię podać nazwy tego sklepu, ale jest możliwym, że był to istniejący także obecnie sklep muzyczny "Music Corner"). W tamtym czasie kosztowała ona 4.500 zł co było wartością odpowiadającą ok. 80% mojego ówczesnego miesięcznego zarobku. To była wielka miłość do muzyki tego zespołu, ale także był to objaw dużego szaleństwa, aby aż tak wielką sumę pieniędzy dać za płytę muzyczną. To tak, jakby obecnie powiedzieć komuś, aby przy zarobkach ok. 1.500 zł na miesiąc kupił płytę za np. 1.000 obecnych złotych.

Zespół Tangerine Dream po raz pierwszy zobaczyłem w jednym z odcinków serialu Tony Palmera pt.: "All You Need Is Love: The Story of Popular Music" z 1976 r. wyświetlanym w PRL w 1981 r. pt.: "Historia muzyki rozrywkowej" (jego polskim lektorem był Wojciech Mann). Dokładniej rzecz biorąc był to 16 a zarazem ostatni z odcinków tego serialu pt.: "Imagine: New Directions". Odcinek ten poświęcony był wówczas najnowszym i najbardziej obiecującym - zdaniem reżysera - wykonawcom działającym wówczas na rynku zachodniej muzyki popularnej. Nie całkiem była to prawda, bo reżyser pominął intensywnie rozwijający się wówczas ruch punk, ale widocznie nie uznał tworzonej przez niego muzyki za godną uwagi.

Jak już wspomniałem, w jednym z końcowych fragmentów tego odcinka zaprezentowano fragment nagrań koncertowych zachodnioniemieckiego zespołu Tangerine Dream. Faktycznie zaś wykorzystano fragment filmu nagranego na zlecenie Telewizji BBC z koncertu tej grupy w Katedrze w Coventry w dniu 4 X 1975 r. Ukazywał ona monumentalną architekturę jednej z najważniejszych europejskich świątyń chrześcijańskich, w której ustawiono futurystyczne wówczas instrumenty elektroniczne, na których grali statycznie zachowujący się członkowie zespołu wydobywający z tychże dziwnych urządzeń równie majestatyczną, mistyczną i pełną ukrytej mocy muzykę.

Przy tej okazji warto dodać, że nie był to pierwszy ani jedyny koncert zespołu Tangerine Dream w świątyni chrześcijańskiej. Pierwszym był koncert tej grupy w katedrze w Rheims we Francji w grudniu 1974 r. Koncert był udany, ale zaowocował donosem fanatycznych wyznawców do zwierzchnich władz kościelnych, co doprowadziło do wydaniu przez papieża zakazu urządzania tego rodzaju imprez w katolickich świątyniach. Tego rodzaju papieski zakaz nie obowiązywał jednak w protestanckiej Wielkiej Brytanii, gdzie władze kościelne zgodziły się na koncerty zespołu rockowego w angielskich katedrach w York, Liverpoolu i Coventry. Po latach (w 2007 r.) materiał ten wydano także na płycie DVD pt.: "Live At Coventry Cathedral 1975".

Fragmenty tego ostatniego koncertu w załączniku.

poniedziałek, 7 października 2019

Posłuchajmy razem Vol. 22


       ASH RA
001 Ice Train (7:41)
- z albumu  „Correlations” (1979)
002 Nightdust (21:50)
- z album "Age Of Earth" (1976)

       ASH RA TEMPEL
003 Jenseits (20:52)
- z albumu “Join Inn” (1973)
004 Donna Weter (26:59)
- z albumu – “Correlation Box” (2008)

Pełny czas: 77:29

Poprzednią składankę poświeciłem w całości Klausowi Schulze, a obecną poświęciłem innemu wybitnie uzdolnionemu muzykowi niemieckiemu Manuelowi Goettschingowi. Wybrałem nagrania z kilku najlepszych płyt jego zespołów: Ash Ra Tempel i Ash Ra.

Świat nowatorskiej elektroniki na początku lat 70. był dość mały, więc nie jest przypadkiem że pierwsze wcieleni Ash Ra Tempel tworzyło trzech muzyków: Maunel Goettsching (gitara, śpiew, elektronika), Klaus Schulze (perkusja i instrumenty perkusyjne, elektronika) i Hartmut Enke (gitara basowa). W tym składzie zespół ten nagrał debiutancki album pt.: "Ash Ra Tempel" (1971). Gdyby zamiast Hartmuta Enke w składzie tej grupy znalazł się Edgar Froese, to mielibyśmy do czynienia z super triem muzyki elektronicznej. Ale i tak te dwie wielkie postacie, czyli Goettsiching i Schulze, w jednym zespole to więcej niż każdy fan mógłby oczekiwać.

Podobnie do innych klasyków niemieckiego elektronicznego rocka, grupa Goettschinga wyłoniła się z wybuchowej mieszanki polityczno-kulturanej jaka zaistniała w Zachodnich Niemczech w drugiej połowie lat 60. Tworzyły ją różne czynniki: rewolucja hipisowska a zwłaszcza jej muzyczny przejaw w postaci psychodelicznego rocka, nawiązywanie do własnej klasycznej tradycji muzycznej, a także młodzieżowa rewolta 1968 roku. Wiara w zmianę i chęć rozwoju charakterystyczna dla każdego młodego pokolenia zaowocowały tutaj stworzeniem własnej oryginalnej muzyki popularnej.

Najpierw powstała lokalna odmiana progresywnego rocka, zwana pogardliwie przez krytyków brytyjskich kraut rockiem. Była to muzyka mniej komercyjna niż klasyczny brytyjski progresywny rock, z większą ilością zawiłej i mniej przewidywalnej pod względem melodycznym i formalnym muzyki. Na przełomie lat 60. i 70. XX w. w takim stylu nagrano w Niemczech Zachodnich wiele płyt, które do dzisiaj nie straciły nic ze swej atrakcyjności, choć nie zyskały masowego odbiorcy.

Część muzyków tego środowiska w poszukiwaniu nowych brzmień i oryginalnego stylu zwróciła się w kierunku muzyki elektronicznej. Jednym z takich nowo powstałych zespołów był Ash Ra Tempel. Był to czas, że instrumenty elektroniczne dopiero wchodziły na rynek. Tymi instrumentami elektronicznymi były analogowe syntezatory. Były one bardzo drogie, a granie na nich wymagało od muzyków nauczenia się ich obsługi a także niezwykłej wyobraźni i wyczucia. Początkowo zespoły te wykorzystywały także dotychczas znane w muzyce rockowej instrumentarium, głównie gitary, perkusję, ale także np. flety itp. Dopiero z biegiem czasu muzycy, którzy zdecydowali się rozwijać styl elektroniczny znacznie ograniczyli lub całkowicie zrezygnowali z wykorzystania tradycyjnych instrumentów na rzecz elektroniki.

W takich okolicznościach, w pierwszej połowie lat 70. w Niemczech Zachodnich, wykształciła się grupa wykonawców rocka elektronicznego. Najważniejszymi z nich byli: Ash Ra Tempel, Tangerine Dream, Cluster i Kraftwerk. Z ich kręgu pochodziło też pierwsze pokolenie wybitnych solistów grających muzykę elektroniczną, m.in. dwaj gitarzyści: Manuel Goettshing i Edgar Froese, dwaj perkusiści: Klaus Schulze i Harald Grosskopf.

W twórczości Manuela Goettschinga i jego zespołów w latach 70. XX w. można wyróżnić dwa okresy: 1) gdy jego formacja nazywała się Ash Ra Tempel, 2) gdy jej nazwa uległa skróceniu do Ash Ra (od 1976 r.). W pierwszym okresie grupa nagrywała najczęściej po dwie długie kompozycje na każdej płycie. Jedna z nich była zazwyczaj bardziej refleksyjna i psychodeliczna, a druga bardziej rockowa i dramatyczna.

Ogólnie rzecz biorąc była to muzyka dość awangardowa i przesiąknięta poszukiwaniem nowych form estetycznego wyrazu. W epoce, krytycy określali ją jako kosmiczną i atmosferyczną. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że była eksperymentalna i ambientowa, ale wówczas styl ambient jeszcze nie został wynaleziony, więc nie można było jej tak określić. Z powodu dominacji w muzyce rockowej tego okresu j. angielskiego Manuel Goettsching zrezygnował z tekstów w j. niemieckim ograniczając wokalizy do roli instrumentalnej.

W drugim okresie zespół postanowił zwiększyć swoje możliwości na rynku komercyjnym, stąd skrócił cześć swoich utworów, wprowadził więcej tradycyjnej rockowej rytmiki i bardziej przyswajalnej dla masowego odbiorcy melodyki. Jakby zewnętrznym przejawem tych zmian było skrócenie jego nazwy do Ash Ra. Także w tym okresie partie wokalne pełniły jedynie drugorzędną rolę w stosunku do muzyki.

Na tę składankę wybrałem głównie nagrania reprezentujące ten eksperymentalny, nastrojowy i atmosferyczny nurt w jego twórczości, a więc nagrania: "Nightdust" ("Nocny pył") i "Jenseits" ("Po tamtej stronie"). Nieco inny charakter ma utwór "Donna Weter" zamieszczony na czwartej płycie pięciopłytowego boxa z pełnym zapisem sesji do albumu "Correlations" ("Korelacje") z 1979 r. a wydanego w całości w 2008 r. Cechą charakterystyczna tego nagrania jest wyrazisty rytm stworzony za pomocą syntezatorów i perkusji (za którą Harald Grosskopf) budujący dramaturgię utworu. Na jego tle partie gitary malują niesamowite obrazy dźwiękowe jakby nie mające granic. Aż dziw bierze, że ten wyjątkowo dobry utwór aż 29 lat czekał na opublikowanie.

Z tej samej płyty pochodzi także otwierająca tę składankę kompozycja "Ice Train" ("Lodowy pociąg"). To naprawdę dobry utwór, ale znalazł się tutaj tylko dlatego, że nie mogłem na płycie zmieścić już ani jednego dłuższego nagrania zespołu Ash Ra Temple, np. takiego "Schwingungen" ("Kołysania").

Obecnie muzykę graną przez Ash Ra Tempel portal allmusic.com zalicza do gatunków: pop/rock, Avant-Garde i New Age, a w ich ramach do stylów: Adult Alternative, Art Rock, Experimental Rock, Kraut Rock, Minimalism, Prog-Rock, Progressive Electronic i Space Rock. Jednak jakbyśmy nie nazywali tej muzyki zawsze będzie ona czymś więcej niż nawet bardzo dobra rockowa kompozycja, a już na pewno o całą wieczność lepsza od miałkich pioseneczek z obecnych list przebojów. Jeżeli muzyka rockowa jest sztuką, a jestem o tym przekonany że jest, to muzyka zespołów Ash Ra Tempel i Ash Ra jest tej sztuki dobrym przykładem.

Wszystkie te nagrania, oprócz "Donna Weter" usłyszałem po raz pierwszy na początku lat 80. w audycjach Jerzego Kordowicza nadawanych w Programie Trzecim Polskiego Radia. Utwór "Jenseists" usłyszałem w audycji "Muzykobranie" nadanej 19 X 1981 r. a następnie w audycji "Klasycy syntezatorów" nadanej 20 V 1982 r. Gdy go wówczas słuchałem byłem wstrząśnięty przejmującym egzystencjalnym smutkiem tego utworu i tak pozostało do dzisiaj. W tej drugiej audycji po raz pierwszy usłyszałem też utwór "Ice Train". W tym samym cyklu audycji "Klasycy syntezatorów" usłyszałem też utwór "Night Dust" w dniu 17 VI 1982 r.

Nie wiem czemu na portalu w http://gembon.rockmetal.art.pl/ksyn/ksyn1.htm zapisano, że to nagranie Haralda Grosskopfa. On grał na tej płycie, ale głównym jej kompozytorem, a zwłaszcza tego nagrania był na pewno Manuel Goettsching.

W załączniku utwór "Jenseits" z albumu Join Inn" z 1976 r.

poniedziałek, 9 września 2019

Posłuchajmy razem Vol. 21

     
       KLAUS SCHULZE
001 Floating (27:15)
- z albumu – „Moondawn” (1976)
002 Friedrich Nietsche (24:52)
003 Georg Trakl (26:12)
- z albumu - “X” (1978)

Pełny czas: 78:24

Tym razem proponuję kilka utworów niemieckiego kompozytora i wykonawcy, a także wirtuoza instrumentów elektronicznych Klausa Schulze. To jeden z twórców rocka elektronicznego, a zwłaszcza tej jego części, która tradycyjnie nazywana jest "szkołą berlińską" (Berlin School) elektronicznego rocka.

Fachowy portal allmusic.com przypisuje obecnie jego twórczość do trzech gatunków: Electronic, Avant-Garde i Pop/Rock, w ich ramach do następujących stylów: Avant-Garde Music, Experimental Electronic, Kraut Rock, Space Rock i Ambient.

Wydaje się, że bardziej trafnie określił twórczość Klausa Schulze portal rateyourmusic.com przypisując ją do następujących gatunków: Progressive Electronic, Berlin School, Space Ambient, Electronic, Ambient, Film Score.

Muzyka tworzona przez Klausa Schulze, a zwłaszcza ta jej część, która nazywana jest stylem "szkoły berlińskiej" jest tym, czego najbardziej lubię słuchać u niego i w muzyce elektronicznej. Lubię bowiem muzykę instrumentalną z długimi i rozbudowanymi utworami, która stopniowo się rozwijają, czy to na zasadzie ewolucji, czy wariacji, czy w inny sposób. Ich forma i brzmienie sprzyja refleksji i stopniowemu zatopieniu się w ich wnętrzu, tak jakby się było częścią tworzonej muzyki. Człowiek czuje się wówczas spokojny i szczęśliwy. Słuchając tej muzyki dosłownie czuje się "palec Boży" nad sobą. To muzyką którą najczęściej słucham, bo zawsze dobrze na mnie działa. Choć trzeba przyznać, że niekiedy skłania ona do melancholii.

Klaus Schulze zaczynał jako perkusista, stąd ważną rolę w jego muzyce odgrywają sekwencje nadające jego utworom określony rytm. Najczęściej wyłaniają się one stopniowo z rozwijającej się melodii, najczęściej kilku melodii prowadzonych obok siebie. Poszczególne części jego kompozycji przechodzą płynnie od fragmentów cichych do głośnych, czy jak kto woli, od refleksyjnych do bardziej dynamicznych, ale zawsze wyczuwalna jest w nich przemyślana forma muzyczna z elementem transowym.

Po raz pierwszy w życiu usłyszałem nagrania Klausa Schulze w dwóch audycjach "Studio Stereo" nadawanej wówczas w soboty wieczorem w Programie IV Polskiego Radia. Właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałem wówczas album "Moondawn" z 1976 r. W audycji tej nadano go w dwóch częściach: 5 i 12 XII 1981 r. Niestety jako młody meloman nie miałem wolnej taśmy (kasety magnetofonowej), stąd nie mogłem utrwalić tych utworów do późniejszego odsłuchiwania. Z tego powodu w te dwa wieczory tylko mogłem słuchać utworów z tej płyty, ale nie mogłem ich nagrać. Z tego powodu było mi wówczas bardzo, ale to bardzo przykro.

W dniu 12 grudnia, czyli w sobotę, obchodziłem swoje 18 urodziny, które faktycznie miałem kilka dni wcześniej. W nocy z 12/13 grudnia wprowadzono stan wojenny w Polsce. Ja się o tym dowiedziałem dopiero następnego dnia przed południem. Jak wszyscy - byłem w szoku!

Gdy go po raz pierwszy wtedy usłyszałem nagranie "Floating" , od razu się w nim zakochałem, choć z powodu niewiedzy pomyślałem, że ten Schulze to naśladowca zespołu Tangerine Dream. Obecnie wiem, że album "Moondawn" na którym znajduje się to nagranie było, jest i na zawsze pozostanie, jednym z najbardziej nowatorskich, oryginalnych i udanych albumów Klausa Schulze a także całej muzyki elektronicznej, a zwłaszcza stylu zwanego "szkołą berlińską".

Gdy w lipcu 1983 r. Klaus Schulze przyjechał do PRL, to byłem w szoku, bo do naszego kraju wówczas przejeżdżało bardzo mało zachodnich wykonawców. Instrumentalny charakter muzyki Klausa Schulze zadecydował o tym, że władze uznały ją za bezpieczną (brak tekstów gwarantował, że nie mogło być w nich ukrytego politycznego przesłania dla słuchaczy) i zgodziły się na to tournee. Klausa Schulze wspomagał w tym tournee inny niemiecki instrumentalista Rainer Bloss (niedawno zmarły). Efektem koncertów tych dwóch muzyków w Polsce był podwójny album koncertowy "Dziekuje Poland Live '83" wydany w 1983 r.

Wszystkie trzy nagrania pochodzą z drugiej połowy lat 70. XX w., kiedy Schulze nagrał swej najlepsze i najbardziej nowatorskie płyty w stylu "szkoły berlińskiej".

W załączniku utwór "Floating" Klausa Schulze.

czwartek, 8 sierpnia 2019

Posłuchajmy razem Vol. 20


001 JOHN LENNON - Just Like Starting Over (3:57)
002 JOHN LENNON - Jealous Guy (4:16)
003 FOCUS - Janis (3:08)
004 ELTON JOHN - Song For Guy (5:08)
005 SPOOKY TOOTH - I'm The Walrus (6:25)
006 LED ZEPPELIN - The Rain Song (7:39)
007 CLAPTON & WINWOOD - Double Trouble (8:06)
008 THE POLICE - Synchronicity I (3:23)
009 THE CLASH - Rock The Casbah (3:43)
010 THE CLASH - The Guns Of Bixton (3:14)
011 UK - Danger Money (8:13)
012 UK - Rendezvous 6:02 (5:00)
013 THE ALAN PARSONS PROJECT - The Raven (4:07)
014 THE ROLLING STONES - Angie (4:32)
015 ROBERT PLANT - Big Log (5:04)

Całkowity czas: 76:24

To fantazyjny wybór różnych moich ulubionych nagrań. Dla niektórych może to być szokujące, dla innych w sam raz.Wszystkie nagrania pochodzą z lat 70. i 80. XX w.

W teledysku utwór "Song For Guy" Eltona Johna. Niezbyt lubię tego artystę, ale do tego nagrania mam dużą słabość. Gdy pierwszy raz usłyszałem go w Polskim Radio, to dowiedziałem się z komentarza Piotra Kaczkowskiego, że Elton Jon skomponował ten utwór na cześć posłańca zatrudnionego w studio nagraniowym (lub też w jednej z londyńskich gazet).

Wówczas nie wiedziałem, że Elton John jest homoseksualistą a skomponowana przez niego piosenka jest wyrazem miłości do wspomnianego chłopaka w którym się zakochał.

W załączniku "Song For Guy" Eltona Johna.

wtorek, 9 lipca 2019

Posłuchajmy razem Vol. 19



001 FAT BOY SLIM - Right Here Right Now (6:28)
        - nagranie z albumu „You’ve Come a Long Way, Baby” (1998)

002 REM - Drive (4:32)
003 REM - Try Not To Breathe (3:50)
004 REM - Ignoreland (4:28)
       - nagrania z albumu „Automatic For The People” (1992)

005 DEPECHE MODE - Personal Jesus (4:56)
006 DEPECHE MODE - I Want Now To Heaven And To Hold (3:45)
        - nagrania z albumu „Violator (1990)

007 BLUR - For Tomorrow (4:20)
008 BLUR - Colin Zeal (3:16)
009 BLUR - Sunday Sunday (2:38)
        - nagrania z albumu „Modern Life Is Rubbish” (1993)

010 PORCUPINE TREE - The Moon Touches Your Shoulder (5:41)
        -nagranie z albumu „The Sky Moves Sideways” (1995)

011 RADIOHEAD - Exit Music For A Film (4:25)
012 RADIOHEAD - Lucky (4:20)
013 RADIOHEAD - The Tourist (5:25)
      - nagrania z albumu „OK. Computer” (1997)

014 MICK JAGGER - Sweet Thing (4:19)
       - nagranie z albumu „Wandering Spirit” (1993)

015 NICK CAVE - Lay Me Low (5:09)
      - nagranie z albumu „Let Love In” (1994)

016 JAPAN - Nightporter (6:59)
      - nagranie z albumu „Gentlemen Take Polaroids” (1980)

Całkowity czas: 75:01

To taki niezobowiązujący i fantazyjny zestaw nagrań miłych dla ucha, choć złożony z różnych stylów muzycznych i pochodzący z różnych epok. Na otwarcie mamy tutaj Fat Boy Slima i jego chyba najsłynniejszy przykład muzyki Big Beat. Potem mamy przedstawicieli muzyki alternatywnej, elektronicznej, pop rockowej, a nawet awangardowej. Wszystko to zlewa się na tej składance w jedną przemyślaną mozaikę muzyczną.

W załączniku utwór "Nightporter" grupy Japan

niedziela, 9 czerwca 2019

Posłuchajmy razem Vol. 18


      
ARCHIVE
       - nagrania z albumu „You All Look the Same to Me” (2002)
001 Again (16:19)
002 Meon (5:43)
003 Finding It So Hard (15:33)

      PORCUPINE TREE
      - nagrania z albumu “The Sky Moves Sideways” (1995)
004 The Sky Moves Sideways Phase 1 (18:39)
005 The Sky Moves Sideways Phase 2 (16:48)
006 Prepare Yourself (1:58)

Pełny czas: 75:14

W związku z charakterem, ale i wiekiem, należę do bardziej konserwatywnych słuchaczy muzyki, stąd wszystko co nowe jest dla mnie wysoce podejrzane i musi upłynąć trochę czasu, zanim się do tego przekonam. Ten nadmierny konserwatyzm doprowadził mnie kiedyś do sytuacji, że nie słuchałem niczego co nie miało przynajmniej 10 lat. W ten sposób sam siebie pozbawiałem dostępu do nowej dobrej muzyki.

Zmianę w tym zakresie przyniosło dopiero zapoznanie się ze mną z twórczością dwóch brytyjskich wykonawców: Archive i Porcupine Tree. Miało to miejsce ok. 2003 r., a więc jakieś 13 lat temu, czyli z mojej perspektywy całkiem niedawno. W obu wypadkach do wykonawców tych przekonali mnie najpierw moi koledzy, także melomani: Zbigniew G. i Jerzy K. Ale tutaj zaznaczam, że choć ich rekomendacje były istotne, to ich agitka nic by nie znaczyła, gdybym sam się nie przekonał do tej muzyki.

Z obszernej już teraz twórczości grupy Archive założonej w 1994 przez Dariusa Keelera (syntezator, pianino, programowanie, aranżowanie) i Danny'ego Griffithsa (syntezator, samplowanie, programowanie, aranżowanie, gitara basowa). Początkowo grupa grała typową muzykę lat 90, a więc mieszaninę elektroniki, breakbeatu, hardcore'u i trip-hopu.

Ale największy sukces, przynajmniej w niektórych krajach, osiągnęła, gdy porzuciła dawną stylistykę i przedstawiła własną odmianę muzyki progresywnej i psychodelicznej z silnym odcieniem eksperymentalizmu. Taki właśnie był album o przydługim tytule "You All Look the Same to Me" wydany w 2002 r i nagrany z udziałem nowego wokalisty Craiga Walkera. Anglosascy krytycy ukuli dla tego nowego stylu nową nazwę trip rock. Najbardziej udanym utworem tego albumu była ponad 16 minutowa kompozycja go otwierająca pt. "Again".

W Polsce najbardziej do popularyzacji tego zespołu przysłużył się - podobnie jak wielu innych wykonawców w przeszłości - znany prezenter Piotr Kaczkowski, który prezentował utwór "Again" w swoich audycjach w Programie Trzecim Polskiego Radia. Po jego nadaniu podnieceni słuchacze dzwonili do niego z pytanie, "kto to jest, co to jest i kiedy tego będzie można posłuchać więcej".

Z kolei zespół Porcupine Tree powstał już w 1987 r. z inicjatywy wokalisty, multiinstrumentalisty i kompozytora Stevena Wilsona. Faktycznie rzecz biorąc grupa zorganizowała się i powstała w 1993 r. Jej klasyczny skład, obok lidera tworzyli: Richard Barbieri (kybds, synth, piano, sound processing), Colin Edwin (bass), Gavin Harrison (dr, perc). Na pierwszych płytach nawiązywała bezpośrednio do klasyki progresywnego rocka, a w szczególności do nagrań grupy Pink Floyd. To ostatnie najbardziej uwidoczniło się w nagraniach z albumu “The Sky Moves Sideways” (1995) nawiązującego strukturą (podzial dłużej suity na dwie części) i brzmieniem do nagrań floydów z okresu "Wish Were Here". W tym miejscu trzeba podkreślić, że istnieją w sumie trzy wersje tego albumu różniące się utworami i ich układem. Do jego popularyzacji w latach 90. przyczynił się z kolei inny legendarny dziennikarz radiowy Tomasz Beksiński.

W późniejszych latach grupa stworzyła własny bardziej oryginalny styl nawiązujący brzmieniowo do progresywnego metalu,  psychodelicznego rocka i rocka alternatywnego.

Obecnie Steven Wilson sam już jest klasykiem progresywnego rocka, ma własny imponujący dorobek albumów solowych i jest cenionym producentem płyt, czy raczej ich remasterowanych wznowień, dawnych klasyków rocka progresywnego, m.in. albumów King Crimson, Jethro Tull itp.

 W linku odnośnik do utworu "Again" zespołu Archive wraz zapowiedzią Piotra Kaczkowskiego w jego legendarnej audycji "Minimax".

https://www.youtube.com/watch?v=mxdfvnXpG9A

czwartek, 9 maja 2019

Posłuchajmy razem Vol. 17



001 THE VELVET UNDERGROUND - Sunday Morning (2:53)
       - nagranie z albumu "The Velvet Underground and Nico" (1967)
002 SUPERTRAMP - Breakfast In America (2:39)
       - nagranie z albumu "Breakfast in America" (1979)
003 BOB MARLEY & THE WAILERS - Get Up Stand Up (3:20)
       - nagranie z albumu "Burnin'" (1973)
004 JETHRO TULL - Living In The Past (3:24)
       - nagranie z albumu "Living in the Past" (1972)
005 JOE COCKER - With A Little Help From My Friends (5:14)
       - nagranie z albumu "With a Little Help from My Friend" (1969)
006 THE BEATLES - When I'm Sixty Four (2:38)
       - nagranie z albumu "Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band" (1967)
007 TIM BUCKLEY - Phantasmagoria In Two (3:29)
       - nagranie z albumu "Goodbye and Hello" (1967)
008 VAN MORRISON - Moondance (4:33)
       - nagranie z albumu "Moondance" (1970)
009 NEIL YOUNG - Words (6:40)
       - nagranie z albumu "Harvest" (1972)
010 PACAFIC GAS & ELECTRIC - Bluesbuster (2:56)
       - nagranie z albumu "Pacific Gas and Electric" (1969)
011 PINK FLOYD - Julia Dream (2:37)
       - nagranie z albumu "Relics" (1971)
012 CAPTAIN BEEFHEART - Autumn's Child (4:02)
       - nagranie z albumu "Safe as Milk" (1967)
013 JANIS JOPLIN - Summertime (4:01)
       - nagranie z albumu "Cheap Thrills" (1968)
014 JEFFERSON AIRPLANE - Lather (3:01)
       - nagranie z albumu " Crown of Creation" (1968)
015 JOHN LENNON - Working Class Hero (3:51)
       - nagranie z albumu "John Lennon/Plastic Ono Band" (1970)
016 R.E.M. - Shiny Happy People (3:46)
       - nagranie z albumu "Out of Time" (1991)
017 NICK CAVE - The Weeping Song (4:25)
       - nagranie z albumu "The Good Son" (1990)
018 LOU REED - Sad Song (6:59)
       - nagranie z albumu "Berlin" (1973)
019 ULTRAVOX - Herr X (5:52)
- nagranie z rozszerzonej wersji albumu "Vienna" (1980) wydanej w 2008 r.

Pełny czas: 76:58

Po małej przerwie spowodowanej trudnościami technicznymi i zdrowotnymi przygotowałem nową propozycję składanki do słuchania (w sumie, podobnie jak we wszystkich innych wypadkach,  ta składanka istniała od dawna, tylko potrzebny był jej dodatkowy opis). Na składance tej jest aż 19 nagrań z tyluż płyt głównie z końca lat 60. i początku 70. Ale znalazło się tutaj utwory z 1979 i 1991 r. Oczywiście każde z tych nagrań jest moim ulubionym, choć ich style, tematyka i nastrój dość znacznie się różnią.

Prawie wszystkie z tych płyt są obecnie powszechnie uznanymi klasykami muzyki rockowej, zwłaszcza wśród tzw. znawców, bo mało kto z takich osób nie zna albumu "The Velvet Underground & Nico" zespołu The Velvet Underground, czy o koncept albumu "Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band" zespołu The Beatles. Ale nawet tutaj występują znacznie mniej znani w Polsce wykonawcy, np. amerykański zespół Pacific Gas & Electric, czy zmarły samobójczą śmiercią w młodym wieku wybitny wokalista Tim Buckley. Ten ostatni z powodu swych niezwykłych możliwości zwany był "Hendriksem głosu".

W większości nagrania te pochodzą z płyt studyjnych, ale w kilku wypadkach są to tzw. rarytasy muzyczne dostępne jedynie na składankach lub kompaktowych wznowieniach oficjalnych płyt. Tak jest w wypadku utworu "Living In The Past" ("Żyjąc w przeszłości") pochodzącego z podwójnej płyty winylowej pod tym samym tytułem wydanej w 1972 r. Pierwotnie utwór ten ukazał się na brytyjskim singlu w 1969 r., a dopiero potem na wspomnianej składance.

Utworem zamieszczonym na składance jest także kompozycja "Julia Dream" ("Sen Julii") zespołu Pink Floyd opublikowana na składance "Relics". Utwór ten skomponował Roger Waters i pierwotnie został wydany na singlu w 1968 r. W warstwie muzycznej, oniryczny nastrój, utwór ten bardziej nawiązywał do dawnych wizji Syda Baretta niż do tego z czego zasłynął później despotyczny lider tego zespołu.

Trzecim, bardzo rzadkim nagraniem pochodzącym ze składanki jest utwór "Herr X" ("Pan X") zespołu Ultravox. Jest to niemieckojęzyczna wersja utworu "Mr X" opublikowana po raz pierwszy na 12" singlu w 1981 r. Później nagranie to znalazło się na rozszerzonych wydaniach albumu "Vienna" z 2000 i 2008 r.

Podobnie jak poprzednio każde z tych nagrań zasługuje na szersze omówienie, ale już napisanie tekstu powyżej zajęło mi dość sporo czasu, a nigdy nie wiem czy ktoś w ogóle to czyta, stąd ograniczę się do szerszego omówienia tylko jednego z zebranych tutaj nagrań.

Tym razem wybrałem do tego utwór "Lather". To piosenka amerykańskiego zespołu Jefferson Airplane z albumu "Crown Of Creation" ("Korona stworzenia") z 1968 r. To jedno z najsłynniejszych, a zarazem najlepszych nagrań tego zespołu, a także klasyk acid i psychodelicznego rocka.

Utwór ten otwierał wspomniany album i opowiadał o kimś zwanym Lather, który ukończył 30 lat i nie może już zachowywać się nieodpowiedzialnie jak nastolatek, bo społeczeństwo oczekuje się od niego standardowych zachowań typowych dla innych dorosłych. Tym samym, taki ktoś musi przestać ubierać się tak, jak dotąd i robić to co lubił, a więc przestać cieszyć się życiem.

Ten piękny utwór skomponowany został przez Grace Slick. W sumie nie wiadomo zresztą jak dokładnie rozumieć słowo "Lather", czy jako postać "Lather" czy raczej jako zniekształcone słowo "Leather", czyli skóra. W moim odczuciu z treści utworu może wynikać, że Grace Slick śpiewała o starzejącej się skórze, czyli o starzejącym się człowieku.

Tekst w ironiczny sposób nawiązywał do wieku perkusisty tej grupy Spencera Drydena. W 1968 r. muzyk ten skończył 30 lat. W tamtych czasach wiek ten uważany był za "starość" dla rockowych idoli. Warto dodać, że choć Dreyden był najstarszy wiekiem w zespole, to wiele nie ustępowała mu sama Grace Slick, która w tym czasie miała 29 lat. W innym miejscu piosenka nawiązywała do luźnego stylu życia basisty grupy Jacka Cassady, który został wówczas aresztowany za bieganie nago po plaży w Santa Cruz.

wtorek, 12 marca 2019

Posłuchajmy razem Vol. 16

       QUEEN
001 Play The Game (3:32)
002 Dragon Attack (4:19)
003 Sail Away Sweet Sister (3:33)
004 Need Your Loving Tonight (2:49)
005 Save Me (3:50
- nagrania z albumu „The Game” (1980)

       JETHRO TULL
006 North Sea Oil (3:12)
007 Orion (3:58)
008 Elegy (3:38)
009 Dark Ages (9:14)
- nagrania z albumu “Stormwatch” (1979)

       YES
010 Machine Messiah (10:28)
011 Into The Lens (8:32)
012 Tempus Fugit (5:22)
- nagrania z albumu “Drama” (1980)

       GENESIS
013 Guide Vocal (1:35)
014 Misunderstanding (3:15)
015 Duk's Travels (8:40)
016 Duk's End (2:07)
- nagrania z albumu “Duke” (1980)

Pełny czas: 78:36

Tym razem kluczem do składanki są nagrania kojarzone przez mnie z początkiem słuchania muzyki rockowej. A więc są to głównie płyty z 1980 r., kiedy po raz pierwszy szerzej zainteresowałem się tą muzyką, ale także o rok wcześniejszy album zespołu Jethro Tull.

Cechą charakterystyczną wszystkich powyżej wyszczególnionych płyt było to, że zamykały, lub rozpoczynały pewien etap kariery każdego z tych zespołów. Najczęściej nie były to płyty najlepsze w dyskografii tych wykonawców, ale na pewno takie, które były wówczas bardzo dyskutowane. Albumy te budziły kontrowersje ponieważ odbiegały nieco od dotychczasowego stylu wypracowanego przez te grupy.

Album „The Game” zespołu Queen był pierwszym jaki nagrałem w całości na kasecie magnetofonowej. Wcześniej, z powodu braku kaset i nieświadomości, nagrywałem tylko pojedyncze nagrania. Płytę tę nagrałem w audycji „Nowa Płyta” nadanej w Programie III w dniu 17 VIII 1980 r. Nic na świecie nie może wymazać tego wspomnienia z mojej pamięci, zwłaszcza, że dodatkowo zostało zapisane w moim notatniku o muzyce jakie wówczas prowadziłem.

Była to pierwsza płyta na której zespół Queen wykorzystał syntezatory, co jest tym dziwniejsze, że na okładce – jak się po latach dowiedziałem – wciąż widniał napis, że płyta jest od nich wolna. Na albumie tym zespół Queen zmienił swoje brzmienie (i wygląd – chłopaki ścięli włosy) na mniej rockowe, a bliższe pop rockowi początku lat 80. Nie przypadkiem więc pochodzący z tej płyty plastikowy i nudnawy – moim zdaniem – utwór „Another One Bites the Dust” stal się światowym przebojem.

Dla mnie ta płyta była początkiem końca starego dobrego Queen, a wspomniany utwór na zawsze zniechęcił mnie do słuchania nowych płyt tej grupy. W związku z tym, że tego utworu nie lubię, nie zamieściłem go w tym wyborze, choć wiem, że jest na wszystkich możliwych składankach tego zespołu. Ja pozostawiłem tutaj tylko te utwory, które nawiązywały do dawnego brzmienia zespołu z mocnymi solówkami gitarowymi Briana Maya.

Album „Stormwatch” (1979) jest dwunastą płytą studyjną zespołu Jethro Tull i kończy trylogię folk rockowych płyt zespołu z drugiej połowy lat 70. Wcześniejszymi, bardzo udanymi, płytami w tym stylu były: „Songs From The Wood” (1977) i „Heavy Horses” (1978). Album ten jest zresztą bardziej rockowy niż folkowy. Teksty piosenek dotyczą spraw ochrony środowiska, wydobycia ropy z Morza Północnego (wówczas bardzo istotny temat gospodarczy dla Wielkiej Brytanii) i wpływu pieniędzy na wspomniane sfery życia.

Ale znalazły się tutaj również utwory mówiące o legendzie „latającego Holendra” i Dun Ringill – osadzie z epoki żelaza i siedzibie szkockiego klanu MacKinnon. Natomiast utwór „Elegy” jest holdem dla ciężko chorego członka zespołu Johna Glascocka, który zmarł podczas sesji do tego albumu.

Była to jedyna płyta, spośród wyżej opisywanych, którą słuchałem i nagrałem bezpośrednio z płyty winylowej. Było to możliwe dzięki temu, że na licencji wydało ją w Polsce wydawnictwo Tonpress. Dzięki temu była ona łatwiej dostępna i nie tak droga jak zachodnie oryginalne płyty, a więc w zasięgu zakupu krajowych melomanów. Wydano ją zresztą bardzo starannie, tak że można tylko żałować, że ówcześni decydenci PRL nie byli w stanie podjąć więcej tak trafnych decyzji przy zakupie licencji na zachodnie płyty. Mogłem ją przesłuchać dzięki temu, że jeden z kolegów szkolnych pożyczył mi ją do przesłuchania i przegrania.

Niestety w przeciwieństwie do dwóch wcześniejszych albumów folk rockowych to płyta znacznie mniej udana. Kompozycje są jakby mniej dopracowane, a wypracowany na dwóch wcześniejszych albumach styl zdaje się coraz bardziej ciążyć zagubionemu liderowi. Widać to zwłaszcza w rozwlekłej i nie całkiem przemyślanej kompozycji „Dark Ages” („Średniowiecze”). Długo się zastanawiałem czy ją zamieścić na tej składance. Ostatecznie wybrałem ją aby zachować proporcje wielkości w doborze utworów na nią wybranych.

Album „Drama” zespołu Yes po raz pierwszy usłyszałem w audycji „Minimax” nadanej w dniu 25 IX 1980 r. Pamiętam jak dzisiaj, że zapowiadając tę płytę Kaczkowski ubolewał nad tym, że angielscy krytycy w chwili jego wydania napisali do niego najkrótszą recenzję jaka kiedykolwiek powstała, a brzmiała ona tak: „Yes – No”. Przy okazji stwierdził, że w ten krótki „aczkolwiek” dobitny sposób „schlastano płytę może inną, ale nie znaczy tak całkiem złą". W każdym razie bardzo złe przyjęcie wśród publiczności i krytyków tej płyty doprowadziło do rozpadu zespołu Yes w 1980 r.

We wspomnianej zapowiedzi Kaczkowski miał dużo racji. Nie była to aż tak zła płyta, miała tylko bardzo złą prasę i zły odbiór. Ale na jej docenienie trzeba było poczekać jeszcze wiele lat, a zwłaszcza na faktycznie złe płyty zespołu Yes.

Album „Drama” (1980) był dziesiątym studyjną płytą zespołu Yes. Został nagrany bez udziału dotychczasowego wokalisty tej grupy - Johna Andersona i jej klawiszowa – Ricka Wakemana. Zastąpili ich: Trevor Horn (śpiew) i Geoff Downes (instrumenty klawiszowe). Byli oni także współkompozytorami nowego repertuaru. Wspomniane zmiany całkowicie i radykalnie zmieniły brzmienie całej płyty.

Jednak pomimo tego, dzięki liderowi tej formacji Chrisowi Squire’owi, wciąż słyszało się że to ten sam dobry stary zespół Yes. Oczywiście nie wszystkie utwory są równie dobre. Najlepszym utworem na tym albumie jest na pewno kompozycja otwierająca album pt. „Machine Messiah” („Mechaniczny Mesjasz”) nawiązująca bezpośrednio do najlepszych czasów progresywnego rocka lat 70. Bardzo dobry jest też utwór „Into The Lens”, którego początkowy perkusyjny fragment uczyniono niegdyś muzycznym dżinglem Trójki. Przyjemny w słuchaniu jest także „Tempu Fugit”, choć z dawnym stylem grupy ma już mniej wspólnego.

Album „Duke” (1980), dziesiątą płytę studyjną w karierze zespołu Genesis, usłyszałem po raz pierwszy w Programie III Polskiego Radia w dwóch audycjach „Muzyczna Poczta UKF” nadanych 16 i 23 IV 1980 r. Po odejściu z zespołu gitarzysty Steve’a Hacketta grupa Genesis w trzyosobowym skaldzie zwróciła się w kierunku soft rocka. Nagrany w nowym stylu album “...And Then There Were Three...” (1978) odniósł ogromny sukces komercyjny. Zachęciło to zespół do kontynuowania tego kierunku artystycznego na albumie “Duke”. Płytę tę przygotowano w ten sposób, aby połączyć dawny i nowy styl zespołu, a więc utwory pop rockowe przemieszano z kompozycjami w dawnym progresywno rockowym stylu.

Zmianę przynosiła także bardziej uproszczona okładka albumu przedstawiająca bliżej nie znaną osobę wyglądającą przez okno. Przy okazji prezentacji płyty Kaczkowski tak skomentował tę okładkę: że to okno prezentuje muzykę Genesis szerzej otwartą na słuchaczy. Motywem przewodnim tego albumu była kompozycja „Guide Vocal”. Kaczkowski prezentował ją wówczas wielokrotnie w Polskim Radio przy równych okazjach. Faktycznie to bardzo dobry, choć krótki utwór i jest dobrym łącznikiem różnych części płyty, choć muzycznie nie stanowią one całości.

Oczywiście króciutki utwór „Guide Vocal” także mi się bardzo podoba stąd znalazł się na tej składance. Zamiesiłem tutaj także jeden z największych przebojów „Misunderstanding” („Nieporozumienie”) gdyż mam do niego wielką słabość. Do wielkiej popularyzacji tego nagrania przyczynił się na pewno nakręcony do niego teledysk w reżyserii Stuarta Orme. Film z tego teledysku przedstawia zespół jadący dwoma samochodami (jednym jedzie Phil Collins, drugim – Tony Banks i Mike Rutherford) ulicami Los Angeles w takt melodii piosenki wspomnianej piosenki. W teledysku jej brzmienie jest jednak nieco inne. Jednak najważniejszą dla mnie kompozycją na tej płycie jest suita „Duk’s Travels” i zamykająca ją piosenka „Duk’s End” z powracającym motywem „Guide Vocal” na końcu albumu. Obie kompozycje były ukłonem grupy wobec dawnych fanów i dawały im radość z obcowania z dawnym progresywnym Genesis.

W tamtym czasie byłem tą płytą mocno rozczarowany, ale głównie z tego powodu, że oczekiwałem możliwości nagrania z radia klasycznych albumów tego zespołu. Płytę nagrałem, ale za bardzo jej nie lubiłem. Zdanie o niej zmieniłem dopiero po latach.

W sumie nie uważam żadnej z powyższych płyt za bardzo dobrą, ale wszystkie kiedyś później kpiłem tylko dlatego, że kojarzą mi się z młodością i początkami mojej drogi melomana.

W załączniku oficjalny teledysk zespołu Genesis z piosenką "Misunderstanding" z 1980 r.
 https://www.youtube.com/watch?v=C_L-S-0Gc4I

wtorek, 12 lutego 2019

Posłuchajmy razem Vol. 15

       THE MOODY BLUES
001 Lost in a Lost World (4:45)
002 When You're a Free Man (6:05)
003 I'm Just a Singer (In a Rock and Roll Band) (4:22)
       - nagrania z albumu "Seventh Sojourn" (1972)

   CAMEL
004 Rhayader (3:01)
005 Rhayader Goes To Town (5:20)
006 Sanctuary (1:05)
007 Fritha (1:19)
008 The Snow Goose (3:12)
009 Friendship (1:44)
010 Migration (2:01)
011 Rhayader Alone (1:50)
012 Flight Of The Snow Goose (2:41)
013 Preparation (3:54)
014 Dunkirk (5:25)
015 La Princesse Perdue (4:57)
       - nagrania z albumu "The Snow Goose" (1975)

       THE ALAN PARSONS PROJECT
016 A Dream Within A Dream (3:41)
017 The Raven (3:58)
018 The Tell-Tale Heart (4:42)
019 The Cask Of Amontillado (4:28)
020 (The System Of) Dr. Tarr And Professor Fether
       (4:19)
021 The Fall Of The House Of Usher - Pavane (4:34)
        - nagrania z albumu "Tales of Mystery and Imagination" (1976)

Pełny czas: 77:34

Tym razem stworzyłem składankę złożoną z nagrań pochodzących zaledwie z trzech klasycznych płyt rockowych z lat 70. Przyjęte zasady, a więc ograniczenie czasu trwania do długości płyty kompaktowej, zmusiły mnie do wybrania z nich tylko niektórych nagrań, choć oczywiście płyty te zasługują na uwagę w całości.

Na początek wybrałem trzy moje najbardziej ulubione utwory z albumu „Seventh Sojourn” („Siódmy pobyt”) zespołu The Moody Blues. Była to siódma płyta tego zespołu w klasycznym składzie, lub ósma, jeżeli liczyć także debiutancki album nagrany w z Danny Lainem jako gitarzystą i wokalistą. Po raz pierwszy album ten usłyszałem w całości i nagrałem w audycji „Katalog Nagrań” nadanej 27 XI 1981 r. Muzyką The Moody Blues byłem zafascynowany od ich pierwszej płyty „Days Of Future Passed” (1967) stąd maniakalnie czyhałem na kolejne audycje „Katalogu” aby nagrać dokładnie wszystkie jej płyty. Audycja nadawana była w wersji monofonicznej. Nagrywałem ją na magnetofonie „Aria” na taśmie szpulowej. Fani The Moody Blues, uważają album „Seventh Sojourn” za ostatnią w pełni udaną płytę tego zespołu. W pełni się zgadzam z tą opinią.

Wiele osób, akurat z tej płyty lubi najbardziej inne nagrania, a konkretnie utwory „Isn't Life Strange” autorstwa Johna Lodge’a lub „For My Lady” Raya Thomasa. Ale ja najbardziej lubię te trzy wyżej wyszczególnione, z których dwa pierwsze skomponował klawiszowiec tego zespołu Mike Pinder, a ostatnie jego basista John Lodge. Utwór „Lost in a Lost World” (“Zaginiony w zaginionym świecie”) opowiada o zagubieniu ludzi a nawet całych społeczeństw we współczesnym świecie, a także o nienawiści prowadzącej do śmierci i cierpienia. A przecież ludzie powinni pamiętać o pochodzeniu od wspólnych przodków i szukać spełnienia w modlitwie, przebaczeniu i miłości. To piękny, choć może nieco przygnębiający tekst, i jeszcze piękniejsza muzyka.

Bardzo podobne w nastroju, ale bardziej melancholijny jest utwór „When You're A Free Man” („Gdy jesteś wolnym człowiekiem”). Porzucony kochanek wspomina swoją miłość i gorzko konstatuje, że znów jest wolnym człowiekiem. Ponownie miłość jest tutaj sposobem na życie w spokoju, a pokój dla wszystkich ludzi jedynym sposobem na poczucie się prawdziwie wolnym człowiekiem. W okresie stanu wojennego, który wprowadzono w Polsce w grudniu 1981 r., właśnie to nagranie jakoś tak najbardziej oddawało, w moim odczuciu, poczucie krzywdy z utraconej wolności, choć przecież tekst tego utworu niósł raczej treść filozoficzną niż polityczną. Z tego względu bardzo często go wówczas słuchałem.

W przeciwieństwie do opisanych powyżej melancholijnych nagrań Pindera utwór „I'm Just a Singer (In a Rock and Roll Band)” („Jestem tylko piosenkarzem w rock and rollowym zespole”) był bardzo dynamiczny i żywiołowy, zwłaszcza jak na standardy The Moody Blues. W sumie to może nawet najbardziej rockowy ich utwór w całej karierze. Jego tekst opowiada o życiu muzyka rock and rollowego, ale nie tyle o piciu czy ćpaniu, co raczej o możliwościach podróży i poznawania świata jakie ono daje. A także o kontakcie z innymi ludźmi szukającymi wolności i wyzwolenia w muzyce, która przełamuje także bariery językowe. Niestety nie wszyscy ludzie potrafią się cieszyć wolnością, życiem i muzyką i czynią wiele zła. Ale ja nie mogę zbyt wiele zrobić – konstatuje przygnębiająco John Lodge – bo jestem tylko śpiewakiem w rock and rollowym zespole. W stanie wojennym nagrania tego zawsze słuchałem wraz dwoma wyżej opisanymi. Kończyło ono płytę „Siódmy pobyt” i przynosiło pewną ulgę dzięki możliwości zatracenia się w muzyce.

Oczywiście teksty tych utworów można w różny sposób odczytać i przetłumaczyć, podobnie jak same tytuły. To moja interpretacja, więc ktoś może zrozumieć te teksty inaczej. Natomiast same tłumaczenia tytułów tych utworów podałem na podstawie tego jak pierwotnie były podane w audycji „Katalog Nagrań”.

Ogólne przesłanie albumu „Seventh Sojourn” było pożegnaniem zespołu The Moody Blues z ideałami lat 60., a więc z latem miłości, braterstwem, nadzieją na świat bez wojny. Trwająca już wówczas dekada lat 70. nie tylko nie rozwiązała dotychczasowych problemów świata, ale jeszcze dostarczyła nowych, np. kryzysu paliwowego i terroryzmu. Grupa The Moody Blues w klasycznym składzie nagrała w tej dekadzie jeszcze jeden album, „Octave” (1978), mniej udany niż wcześniejsze, po którym ostatecznie odszedł od niej Mike Pinder. Zastąpił go Patrick Moraz, wirtuoz instrumentów klawiszowych i muzyk wybitnie zdolny, ale jednak grający inaczej niż Pinder a przede wszystkim mający inną wrażliwość. Od chwili tych zmian muzyka The Moody Blues zaczęła stopniowo zmierzać w kierunku zwykłego popu aż wreszcie nie dającego się słuchać muzycznego banału.

Wielkim miłośnikiem zespołu The Moody Blues był też Tomasz Beksiński. W okresie pomiędzy 8 X 1989 r a 3 VI 1990 r. przypomniał w audycji "Wieczór Płytowy" całą dyskografię tego zespołu w wersji stereo na płytach kompaktowych.

Ilekroć słucham tych nagrań przenoszę się w czasie do lat młodości, i wieku 18 lat, gdy słuchałem ich po raz pierwszy. Od razu przypominają mi się kręcące się duże szpule magnetofonu "Aria" z połyskującymi w świetle przeźroczystymi krawędziami. Wpatrywałem się w nie wówczas, jak obecnie ludzie w kręcące się płyty winylowe na gramofonie, i wyobrażałem sobie muzykę której słuchałem.
   
Album „The Snow Goose” (1975) zespołu Camel po raz pierwszy w życiu usłyszałem 29 IV 1985 r. w audycji „Kanon Muzyki Rockowej” nadawanej w Programie III PR. Płytę usłyszałem więc dopiero 10 lat po jej światowej premierze. W tym czasie zespół Camel nie grał już w klasycznym składzie tworzonym m.in. Andy Latimeria (gitara, śpiew) i Peter Bardensa (inst. klawiszowe, śpiew), gdyż ten ostatni muzyk odszedł od zespołu w 1978 r. Po jego odejściu muzyka grupy zmieniła się na mniej finezyjną i zaczęła tworzyć płyty, które powszechnie uważane są za nieudane, np. „I Can See Your House from Here” (1979) i ”The Single Factor” (1982). Dobrą płytą, ale już w innym stylu był “Stationary Traveller” (1984 r.) dość często grany wówczas w Polskim Radio. Był on na tyle lubiany przez fanów, że jego różne edycje na płytach winylowych docierały do Polski,  a jedna z nich trafiła wówczas nawet do mnie. Ale to była już inna muzyka – jakby na nowo zdefiniowany Camel.

Klasyczny Camel to albumy wydane przez ten zespól w pierwszej połowie lat 70., a zwłaszcza płyta „The Snow Goose” („Śnieżna Gęś”). Album ten, trzeci w kolejności w dorobku zespołu, jest jedną z nielicznych płyt w muzyce rockowej, które osiągnęły olbrzymi sukces artystyczny i komercyjny, a zawierający wyłącznie muzykę instrumentalną. Skomponowana przez zespół suita jest ilustracją do baśni Paula Galico „Snow Goose”. Jej akcja toczy się w okresie II wojny światowej. Opowiada ona o powiązanych z sobą losach białej gęsi (La Princesce Peruce), małej dziewczynki z wioski rybackiej (Fritha) i samotnego artysty (Rhyader). Powstała muzyka porusza wspaniałym nastrojem, aranżacjami i przepięknymi melodiami. W większości dominują tutaj instrumenty klawiszowe, brzmienia instrumentów dętych, ale nie brakuje też wirtuozowskich popisów na gitarze. Aż nie chce się wierzyć, że całość tej suity skomponowali samodzielnie dwaj młodzi długowłosi rockmani: Peter Bardens i Andrew Latimer.

W związku roszczeniami prawnymi do tytułu wysuwanymi przez Paula Galico muzycy musieli zmienić nazwę płyty z „Snow Goose” na „Music Inspired by The Snow Goose”. Obecnie album ten uważany jest za jedno z arcydzieł progresywnego rocka. Jednak jeszcze na początku lat 80. grupę Camel uważano jedynie za typową grupę drugiego planu, a jej osiągnięcia za mniej wartościowe niż np. dokonania King Crimson, czy Genesis. zmieniło się to dopiero w następnych latach, gdy okazało się jak wielki wpływ miała twórczość tego zespołu na słuchaczy i muzyków.

z konieczności musiałem wybrać utwory jakie zmieszczę na tej składance, bo inaczej musiałbym przegrać ją w całości. Wybrałem te a nie inne utwory, bo one mi się najbardziej podobały. Zresztą nawet zespół przygotował krótszą wersję tej suity na potrzeby koncertów, aby w ich trakcie móc zaprezentować także inne nagrania ze swojego dorobku.

Album "Tales of Mystery and Imagination" (1976) zespołu The Alan Parsons Project po raz pierwszy usłyszałem w audycji “Studio Nagrań” 25 i 2 VII 1981 r. wówczas płyta ta nie zrobiła na mnie jeszcze takiego wrażenia jak za drugim razem, kiedy nagrałem ją w audycji „Katalog Nagrań” nadanej 1 X 1984 r. Dyskografia tego zespołu była też pierwszą jaką w całości nagrał mój brat Leszek na swoich taśmach i swoim magnetofonie.

Zespół The Alan Parsons Project to właściwie studyjny projekt, a więc mający na celu wydawanie jedynie płyt studyjnych, dwóch muzyków: Alana Parsonsa i Erica Woolfsona. Pierwszy z nich był inżynierem dźwięku i producentem muzycznym, który pod wpływem sukcesów studyjnych płyt zespołu Pink Floyd, a zwłaszcza albumu „The Dark Side Of The Moon”, postanowił samemu skomponować podobną w charakterze muzykę i wydać ją na płycie. Album „Tales of Mystery and Imagination” był jego debiutem płytowy, a jego sukces komercyjny sprawił, że pod koniec lat 70. duet Parsons/Woolfson wydał kilka kolejnych równie dobrych płyt.

Tytuł albumu bezpośrednio nawiązywał do tytułu zbioru opowieści makabrycznych Allana Edgara Poe wydanego w 1908 r. Z kolei sama muzyka, w dużym stopniu instrumentalna, inspirowana była życiem i twórczością wspomnianego pisarza, a zwłaszcza takimi jego dziełami jak: „Beczka Amontillado”, „System doktora Smoły i profesora Pierza” i „Zagłada domu Ucherów”. Z tego względu dość melodyjna muzyka starała się oddać nastrój grozy, motyw tajemnicy, nieuchronności śmierci, a także ciążącego nad bohaterami fatum. W sumie powstała całość uważana obecnie za klasykę progresywnego rocka, ale na początku lat 80. uważana była za rzecz wtórną i niezbyt oryginalną.

Pierwotne brzmienie tego albumu, a nawet aranżacje niektórych utworów, opracowane w 1976 r. zostały zmienione w pierwszym wydaniu kompaktowym z 1987 r. Z tego powodu ci, którzy kupili wówczas tę płytę byli mocno zawiedzeni tym co na niej usłyszeli, a inni, przez długie lata, jeżeli nie mieli oryginalnego winyla, nie mogli posłuchać jak ten album oryginalnie brzmiał. Oryginalne wydanie tej płyty na kompakcie jako pierwsza przywróciła firma Mobile Fidelity Dźwięk Lab (MFSL) w 1994 r., ale ze względu na wysoką cenę tego ekskluzywnego wydania, była ona trudno dostępna. W pełni album ten przywrócono dla masowego odbiorcy dopiero w dwupłytowym wydaniu z 2007 r. Pierwsza płyta zawierała oryginalny mix albumu z 1976 r., a druga jego remix z 1987 r.

Podobnie jak w wypadku zespołu Camel wybrałem z tego albumu, a dokładniej z jego oryginalnego mixu kompaktowego z 2007 r. tylko kilka utworów, tak aby zmieścić całość na jednej płycie składankowej z innymi wybranymi nagraniami. Wybrałem oczywiście tylko najbardziej lubiane przez mnie utwory. Stąd musiałem zrezygnować m.in. z całości suity „The Fall of the House of Ucher”.

W linku skrócona wersja suity "The Snow Goose" zespołu Camel
https://www.youtube.com/watch?v=_0oFdgi7lL0

Posłuchajmy razem Vol. 104

         THE BEATLES – “Please Please Me” (1963) 001 Saw Her Standing There (2:53) 002 Anna (Go To Him) (2:57) 003 Please Please Me (2:00) 0...