001 Blanche (11:49) 002 Stardancer (13:43) - nagrania z albumu "Body Love" (1977) 003 Stardancer II (14:14) 004 Nowhere - Now Here (28:57) - nagrania z albumu "Body Love Vol. 2" (1977)
Pełny czas: 68:51
W załączniku muzycznym utwór "Stardancer" z albumu "Body Love" z 1977 r.
001 ROBERT SCHROEDER - Harmonic Ascendant (22:16) - z albumu „Harmonic Ascendant” (1979)
002 SYNERGY - Classical Gas (3:00) - z albumu „Sequencer” (1976)
003 SYNERGY - Warriors (12:51) - z albumu „Electronic Realizations For Rock Orchestra” (1975)
004 MARK SHREEVE - Thoughts Of War 1 (15:15) 005 MARK SHREEVE - Thoughts Of War 2 (18:41) - z albumu „Thoughts Of War (1981)
Pełny czas: 72:13
W muzyce lubię długie instrumentalne utwory, pełne improwizacji, ale też o pewnej rytmice i melodyjne. Dlatego kocham muzykę elektroniczną, gdzie wokaliści mają wreszcie zamknięte kłapaczki, a do naszych uszu i serc może przemówić sam dźwięk bez słów. W ramach muzyki elektronicznej najbardziej przemawiają do mnie te jej style zwane: elektroniką sekwencyjną, elektroniką progresywną (progressive electronic) i szkołą berlińską (Berlin School). Ale do tego należy dodać także kilka stylów pochodnych np. kosmiczny ambient (space ambient).
Oczywiście najbardziej znanymi przedstawicielami tego nurtu, a zarazem jego twórcami są głównie wykonawcy niemieccy: Tangerine Dream, Klaus Schulze, Ash Ra Tempel itp. Jednak w tymi miejscu chciałbym przedstawić mniej znanych, co nie znaczy mniej zdolnych przedstawicieli tej muzyki, także spoza Niemiec. Każdy z przedstawionych tutaj artystów, to zdolny kompozytor, wykonawca, a zarazem wirtuoz syntezatorów.
Robert Schröder (ur. 1955 r.) to jedyny w tej grupie muzyk niemiecki. Jego pierwszy album pt.: „Harmonic Ascendant” ukazał się w 1979 r. W ciągu trwające do chwili obecnej kariery nagrał i wydał kilkanaście albumów, z których przynajmniej kilka można uznać za arcydzieła muzyki elektronicznej. Na pewno takim arcydziełem jest już jego debiutancka płyta.
Synergy, to pseudonim artystyczny amerykańskiego wirtuoza instrumentów klawiszowych Larry Fasta (ur. 1951 r.). Obecnie znany on jest głównie jako muzyk towarzyszący Peterowi Gabrielowi. Ale Larry Fast ma także własny imponujący dorobek solowy jako kompozytor muzyki elektronicznej pod wspomnianym pseudonimem. Już jego pierwszy album pt. ”Electronic Realizations for Rock Orchestra” z 1975 r. świadczył o jego wielkiej wrażliwości muzycznej i wyczuciu instrumentów elektronicznych. Większość swych najlepszych z muzyką elektroniczną Synergy nagrał i wydał w latach 1975-1982. Niestety płyty te są stosunkowo mało znana, a przez to cenione.
Jednak najbardziej tajemniczą postacią wśród tutaj zgromadzonych jest na pewno brytyjski kompozytor muzyki elektronicznej i wirtuoz syntezatorów Mark Shreeve (ur. ok. 1955 r.). To paradoks, że jest tak mało znany, bo w latach 80. współpracował z Samanthą Fox pomagając jej tworzyć muzykę do jej dość lichych popowych utworów. Fakt, iż Mark Shreeve nie jest postacią łatwo kojarzoną przez przeciętnego fana wynika głównie z tego, że jego płyty są bardzo trudno dostępne. Przeważnie wydawano je w małych nakładach i nigdy nie wznawiano, albo bardzo rzadko.
Jego dwa pierwsze albumy: Émbryo” (1980) i „Ursa Major” (1980) ukazały się jedynie na kasetach i nigdy nie zostały wznowione na płycie winylowej czy CD. Szczególnie interesującą muzykę zawiera zwłaszcza druga z nich. Z tego względu za jego pierwszy solowy album wielu uważa dopiero płytę „Thoughts Of War” z 1981 r. Do chwili obecnej miała ona tylko trzy wydania, więc o jej zakupie należy raczej zapomnieć, albo uzbroić się w znaczniejszą ilość gotówki w celu przelicytowania jej na aukcjach.
Solowy dorobek Marka Shreeva obejmuje kilkanaście płyt, z których kilka przeszło do muzycznej legendy np., obok omawianej tutaj, także album „Assasin” z 1983 r. Większość z nich przynosi wciągającą i nietuzinkową muzykę elektroniczną. Począwszy od drugiej połowy lat 90. Mark Shreeve prowadzi też dwa wyjątkowo kreatywne zespoły: ARC i Redshift. Oczywiście oba tworzą także muzykę elektroniczną i są klasą same dla siebie.
W załączniku kompozycja "Harmonic Ascendant" z albumu Roberta Schroedera pod tym samym tytułem z 1979 r.
001 Computer World (5:07) 002 Computer World 2 (3:24) 003 Computer Love (7:20) 004 Numbers (3:20) 005 Home Computer (6:21) 006 It's More Fun To Compute (4:18) - nagrania z albumu „Computer World” (1981)
011 Beach Theme (3:46) 012 Burning Bar (3:12) 013 Beach Scene (6:52) 014 Scrap Yard (4:39) 015 Ingeous (4:46) - nagrania z albumu „Thief” (1981)
Pełny czas: 76:30
To kluczowe fragmenty moich trzech najbardziej ulubionych płyt z popularną muzyką elektroniczną czasów mojej młodości.
W przypadku płyty „Thief” grupy Tangerine Dream, była to druga ścieżka dźwiękowa do filmu przygotowana przez tę grupę. Nagrano ją pomiędzy lutym a październikiem 1980 r. Została ona wykorzystana w filmie sensacyjnym Michaela Manna pt. „Thief” (pol. Złodziej”). Cieszyła się ona na początku lat 80. wielkim uznaniem fanów i doszła do 43 pozycji na liście sprzedaży albumów w Wielkiej Brytanii.
Po raz pierwszy usłyszałem w całości ten albumu w audycji Piotra Kaczkowskiego „Minimax 22 X 1981 r. nadawanej w Programie III Polskiego Radia. Kilka lat później, dokładniej na wiosną 1984 r. kupiłem ten album na płycie winylowej w sklepie płytowym przy ul. Floriańskiej w Krakowie. Płyta była nowa i zafoliowana, stąd zapłaciłem za nią swój pełny ówczesny miesięczny zarobek (0prawie ówczesną średnią krajową).
Jestem ciekaw, czy jakby dzisiaj ktoś zapłacił za jedną płytę np. 2 tys. zł, to by uznał, że to tanio? Dzisiejsza polska młodzież nie może sobie nawet wyobrazić tego jak bardzo trudne było życie w PRL!
W załączniku kompozycja „Oxygene IV” z albumu „Oxygene” J.M. Jarre’a z epoki
001 PERFECT - Autobiografia (4:35) 002 SHAKIN DUDI - Oh Ziuta (4:28) 003 KULT - Polska (5:24) 004 TSA - Trzy zapałki (5:11) 005 REPUBLIKA - Biała flaga (4:52) 006 OBYWATEL GC - Paryż Moskwa 17.15 (5:12) 007 EXODUS - Złoty promień słońca (5:16) 008 DŻEM - Naiwne pytania (5:28) 009 BUDKA SUFLERA - Jest taki samotny dom (5:25) 010 KRZAK - Blues H Mol - Smuteczek (6:56) 011 MAANAM - Szał niebieskich ciał (7:48) 012 BREAKOUT - Co stało się kwiatom (6:18) 013 KASA CHORYCH - Blues bez pieniędzy (9:22)
Pełny czas: 76:41
Tym razem przedstawiam wybór moich ulubionych polskich nagrań rockowych. To wszystko znani i lubiani artyści, choć obecnie niektórzy z nich są obecnie już nieco mniej popularni.
W załączniku koncertowa wersja utworu "Naiwne pytania" zespołu Dżem zarejestrowana w 1987 r. i pochodząca z albumu "Zemsta nietoperzy" (1987). Ten filmik pokazuje tę grupę w pełni sił twórczych wraz z jej pierwszym wokalistą w składzie, nieodżałowanym Ryszardem Riedlem (1956-1994).
Soundtrack from Film: "Rosemary's Baby" (1968) CHRISTOPHER KOMEDA 001 Main Title I (2:32) 002 Lullaby I (1:01) 003 Lullaby II (1:04) 004 Main Title II (2:21) 005 Main Title III (1:12)
Soundtrack from Film: "The Godfather" (1972) NINO ROTA 006 Main Title I (3:09) 007 The Halls Of Fear (2:15) 008 Sicilian Pastorale (3:05) 009 Love Theme From The Godfather (2:41) 010 The Godfather Waltz (3:38) 011 Apollonia (1:25) 012 The Godfather Finale (3:51)
Soundtrack from Film: "Eyes Wide Shut" (1999) 013 GEORGY LIGETI - Musica Ricercata II (4:18) 014 DMITRI SHOSTAKOVICH - Waltz 2 From Jazz Suite (3:41) 015 JOCELYN POOK - Naval Officer (4:52) 016 JOCELYN POOK - The Dream (4:57) 017 JOCELYN POOK - Masked Ball (3:43) 018 JOCELYN POOK - Migration (3:45) 019 GEORGY LIGETI - Musica Ricercata II (4:18)
Soundtrack from Film: "The Ninth Gate" (1999) 020 WOJCIECH KILAR - Opening Titles (3:42) 021 WOJCIECH KILAR - Corso (3:25) 022 WOJCIECH KILAR - Plane The Spain Bolero (4:48) 023 WOJCIECH KILAR - Balkan's Death (3:52) 024 WOJCIECH KILAR - Corso And Girl (3:20)
Pełny czas: 77:32
Tym razem proponuję składankę z fragmentami czterech ścieżek dźwiękowych ze znanych filmów. W trzech przypadkach to ścieżki monograficzne stworzone kolejno przez słynnych twórców muzyki filmowej: Christophera Komedę, Nino Rotę i Wojciecha Kilara. W jednym wypadku to wybór kilku utworów różnych kompozytorów, dwóch przedstawicieli dawnej klasyki (Georgy Ligeti, Dmitri Schostakovich) i jednego przedstawiciela klasycznej awangardowej muzyki współczesnej (Jocelyn Pook).
W odległych czasach mojej młodości, czy raczej dzieciństwa, bo muzyki towarzyszącej filmom zacząłem słuchać wcześniej niż regularnych płyt, słuchanie muzyki filmowej nie było takie proste. W tamtych odległych czasach, czyli w latach 70. XX w., cała trudność ze słuchaniem takiej muzyki polegała na konieczności zapamiętania towarzyszącej danemu filmowi ścieżki dźwiękowej najczęściej po jednokrotnym jego zobaczeniu.
Niestety nie miałem wówczas magnetofonu na którym można było taką ścieżkę dźwiękową nagrać. Magnetowid na którym można by było nagrać także film, w tym czasie nawet w bogatych krajach Zachodu, był raczej wytworem fantastyki niż realnym przedmiotem używanym w domowym zaciszu. Taką zapamiętaną ścieżkę dźwiękową się potem odtwarzało z pamięci, a konkretnie nuciło, czy gwizdało niezmiernie przy tym fałszując. Oczywiście pamiętało się i było zdolnym odtworzyć tylko strzępy takiej ścieżki dźwiękowej.
Pierwszą z takich zapamiętanych ścieżek dźwiękowych była melodia otwierająca (słynna kołysanka) do filmu "Dziecko Rosemary" Romana Polańskiego z 1968 r. Oczywiście w tamtym czasie byłem dzieckiem i o treści filmu "Rosemary's Baby" mnie miałem zielonego pojęcia, ale zapamiętałem dobrze jak w Polskim Radio spiker zapowiedział, że teraz, na liczne życzenia nadają kołysankę z tego filmu.
W tamtym czasie ciągle powtarzano też w radio, że ten film jest strasznym horrorem. Wydawało mi się dziwne, że film o tak niewinnie brzmiącym tytule jak "Dziecko Rosmeray" może być straszny? Mnie ten tytuł wydawał się bowiem bardzo przyjazny i banalny. Również biorąc pod uwagę melodykę samej kołysanki nie chciało mi się wierzyć, że była to ilustracja do jednego z najstraszniejszych horrorów jakie zostały nakręcone. Zrozumiałem to dopiero po wielu latach, gdy wreszcie zobaczyłem ten film.
Pamiętam też jak wówczas w PRL chwalono karierę Romana Polańskiego na Zachodzie, co wydawało się takie ekscytujące, bo dawało nadzieję także ludziom pozostałym w kraju na to, że jak tam wyjadą to poprawią swoje życie, a także odniosą sukces. Wówczas nie wiedziałem, że Polański był Żydem z pochodzenia, który wiele zawdzięczał nie tylko wybitnemu talentowi, ale także pomocy swych ziomków na Zachodzie, a zwłaszcza w Ameryce. Niestety Polacy w większości pozbawieni są tej życzliwości wobec współziomków.
Udając się do USA Polański zabrał ze sobą swego przyjaciela Krzysztofa Komedę, który w Polsce był ambitnym jazzmanem, ale bez szans na materialny sukces. W Ameryce go osiągnął, ale ceną za to była tragiczna śmierć: gdy wracał pijany do domu został przypadkowo zepchnięty przez Marka Hłaskę ze skarpy, i w wyniku urazu głowy zmarł w 1969 r.
Drugą z takich zapamiętanych przez mnie i nuconych później, najczęściej w myślach, ścieżek dźwiękowych była muzyka Nino Roty do filmu "Ojciec Chrzestny". Chodzi oczywiście o znakomite arcydzieło filmowe Francisa Forda Coppoli pt.: "The Godfather" z 1972 r. z popisową rolą Marlona Brando. Pamiętam jak Ojciec wspominał wówczas, że jest taki film "Ojciec Chrzestny" (ten tytuł wydał mi się bardzo dziwny) i chciałby pójść na niego do kina, ale nie spotkało się to z entuzjazmem mojej Matki.
Po raz pierwszy nagrania z tego filmu usłyszałem w Polskim Radio już w chwili premiery, bo grano je na okrągło także w Polsce. Jednak Ktoś, taki jak ja, kto nie widział wówczas filmu, nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego ścieżka dźwiękowa nie oddawała dramatyzmu i okrucieństwa scen widzianych w tym obrazie. Nie miało to zresztą znaczenia, bo te fragmenty muzyki jakie usłyszałem wówczas w radio były zbyt krótkie by można było je lepiej zapamiętać, ale już wówczas się nimi zachwyciłem.
W bardziej pełny sposób z muzyką z tego filmu zapoznałem się dopiero gdy ten film zobaczyłem w Telewizji Polskiej, co miało miejsce w kilka lat po premierze kinowej. Przypuszczalnie było to ok. 1978 r. (ale mogło to być już w 1976 r.). Za Gierka "ludziom żyło się w miarę dostatnio", ale za "zachodnie kredyty" (podobnie jak w obecnej Polsce za pieniądze z Unii), a telewizja po rządami Szczepańskiego dbała o rozrywkę na światowym poziomie (niestety przy dużym marnotrawstwie środków).
W późniejszym okresie audycje z muzyką filmową stały się znakiem rozpoznawczym Pawła Sztompke. Najpewniej z w jednej z jego audycji wysłuchałem fragmentów czy całości ścieżki dźwiękowej do filmu "The Godfather", ale nie jestem w stanie precyzyjnie podać, w jakiej audycji radiowej to nastąpiło i kiedy dokładnie to było.
Muzyką filmową w pełni zainteresowałem się jednak dopiero w latach 90., XX w., kiedy zacząłem zbierać także płyty CD ze ścieżkami dźwiękowymi filmów. Ta kolekcja jednak nigdy nie była moim priorytetem, także płyt z tego rodzaju muzyką mam niezbyt wiele, ale za to prawie wszystkie te, na których mi najbardziej zależało.
Ze ścieżkami dźwiękowymi do filmów: "Dziewiąte Wrota" ("The Nint Gates") w reż. Romana Polańskiego i "Oczy szeroko zamknięte" ("Eyes Wide Shut") w reż. Stanleya Kubricka - oba z 1999 r. - zapoznałem się z nimi już w czasach wszech dominacji płyty kompaktowej, więc nie musiałem się wysilać na gwizdanie aby utrwalić sobie ich muzykę. Obie zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, choć każda z nich była nieco inna. Muzyką do filmu Polańskiego, będącego w pewnym sensie wariacją na temat "Dziecka Rosemary", Wojciech Kilar (zm. 2013 r.) stworzył arcydzieło muzyki filmowej, które na zawsze pozostanie wzorcem tego jak należy komponować muzykę, aby jak najlepiej ilustrowała filmowy obraz.
Z kolei w wypadku filmu "Oczy szeroko zamknięte", będącego - jak się okazało ostatnim filmem Kubricka - jego ścieżkę dźwiękową tworzą dzieła różnych kompozytorów i fragmenty wybranych z ich twórczości utworów. Najbardziej podobają mi się te, które wybrałem na tę składankę. A spośród nich kompozycje awangardowej brytyjskiej kompozytorki Jocelyn Pook (ur. 1960 r.).
W załączniku: Muzyczny temat otwierający z filmu "Rosemary's Baby" (1968)
002 DAVID BOWIE - Moonage Daydream (4:37) 003 DAVID BOWIE - Starman (4:16) 004 DAVID BOWIE - Ziggy Stardust (3:13) 005 DAVID BOWIE - John I'm Only Dancing (2:46) 006 DAVID BOWIE - Velvet Goldmine (3:12) - z albumu “The Rise And Fall Of Ziggy Stardust And The Spiders From Mars” (1972)
007 LOU REED - Vicious (2:59) 008 LOU REED - Walk On The Wild Side (4:16) 009 LOU REED - Satelite Of Love (3:42) 010 LOU REED - I'm So Free (3:10) 011 LOU REED - New York Telephone Conversation (1:34) - z albumu “Transformer” (1872)
012 FRANK ZAPPA – Chunga’s Revenge (6:15) 013 FRANK ZAPPA - Rudy Wants To Buy Yez Drink (2:44) 014 FRANK ZAPPA - Twenty Small Cigars (2:18) 015 FRANK ZAPPA - Sharleena (4:05) - z albumu “Chunga's Revenge” (1970)
016 ALICE COOPER - Under My Wheels (2:52) 017 ALICE COOPER - Halo Of Flies (8:22) 018 ALICE COOPER - Dead Babies (5:45) 019 ALICE COOPER - Killer (6:58) - z albumu “Killer” (1971)
Pełny czas: 78:26
Tym razem zestaw moich ulubionych nagrań obejmuje płyty czterech wielkich klasyków rocka. Jest to zarazem prezentacja czterech wielkich osobowości i indywidualności artystycznych w świecie tej muzyki. Niestety, trzej z czterech z prezentowanych tutaj artystów już nie żyje. Na stanowisku pozostał już tylko Alice Cooper, który ostatnio wydał kolejną udaną płytę.
W załączniku utwór “Dead Babies” w wykonaniu Alice’a Coopera i jego zespołu z albumu “Killer” z 1971 r.
005 RED HOT CHILI PEPPERS - Breaking The Girl (4:55)
006 RED HOT CHILI PEPPERS - Funky Monks (5:23)
007 RED HOT CHILI PEPPERS - Naked In The Rain (4:26)
008 RED HOT CHILI PEPPERS - Under The Bridge (4:24)
- nagrania z albumu „Blood Sugar Sex Magik” (1991)
009 SOUNDGARDEN - Black Hole Sun (5:18)
010 SOUNDGARDEN - Let Me Drown (3:53)
011 SOUNDGARDEN - Me Wave (5:12)
012 SOUNDGARDEN - Superunknown (5:06)
- nagrania z albumu „Badmotorfinger” (1991)
013 FAITH NO MORE - Land Of Sunshine (3:45)
014 FAITH NO MORE - Caffeine (4:28)
015 FAITH NO MORE - RV (3:43)
016 FAITH NO MORE - Kindergarten (4:31)
017 FAITH NO MORE - Be Aggressive (3:43)
- nagrania z albumu „Angel Dust” (1992)
Pełny czas: 76:33
Cechą charakterystyczną nagrań wybranych na tę składankę jest to, że pochodzą z czterech kanonicznych już obecnie albumów z początku lat 90. Chciało by się rzecz że to klasyka muzyki grunge wynalezionej przez grupę Nirvana, ale …. to nieprawda. Po pierwsze po raz pierwszy słowa „grunge” użył w 1981 r. Mark Arm – wokalista i gitarzysta zespołów Green River i Mudhoney. A przed nim termin ten wynaleziono w Australii, bla bla bla.
W każdym razie grunge zwany inaczej „brzemieniem Seattle" (Seattle Sound) łączy w sobie elementy punk rocka i heavy metalu, a także ponure depresyjne teksty. Jego cechą charakterystyczną było brudne brzmienie gitar a także celowo niedbały wygląd muzyków, którzy poprzez flanelowe koszule i podarte dżinsy nawiązywali do codzienności niższych warstw społecznych w Stanach Zjednoczonych Ameryki.
W proponowanym zestawieniu styl grunge reprezentowały Nirvana i Soundgarden. Natomiast grupy Red Hot Chili Peppers i Faith No More, choć odniosły sukces w tym samym czasie, reprezentowały inne style muzyczne. Pierwszy z ich był reprezentantem funk rock, a drugi alternatywnego metalu, czy wręcz awangardy tego stylu.
W tej grupie wykonawców jako pierwszy płyty zaczął wydawać zespół Red Hot Chili Peppers. Jednak na początku lat 80., w czasach miałkiej muzyki elektronicznej i bezbarwnego pudel metalu, jego albumy nie cieszyły się większą popularnością. Dodatkowo niektórzy członkowie grupy pogrążali się w nałogach, co nie sprzyjało twórczej pracy. Jednak zespół wziął się w garść i pod koniec lat 80. przedstawił nowy ulepszony repertuar w stylu funk rocka. Album „Blood Sugar Sex Magik” był w tym czasie ukoronowaniem ich wysiłków artystycznych i zasłużenie przyniósł im także sukces finansowy.
Wcześnie debiutowała także grupa Faith No More, ale pierwszy większy sukces odniosła albumem „The Real Thing” wydanym w 1989 r. łączącym w sobie tak różne style jak: funk, rap z metalem. Album „Angel Dust” jedynie przypieczętował wysoki poziom muzyki tego zespołu. Niestety, w USA czy Polsce grupa ta nigdy nie zdobyła popularności na jaką sobie zasłużyła.
Nie było tez przypadku w tym, że Mike Patton, wokalista i lider Faith No More, wydał rok wcześniej (1991) niezwykle nowatorski album „Mr. Bungle”, nawiązujący do surrealizmu Captaina Beehearta a muzycznie łączący funk metal z alternatywnym rockiem i awangardą (jego producentem był m.in. John Zorn).
Automatycznie następna nagrana przez niego płyta, „Angel Dust”, tym razem już z grupą Faitn No More, nie mogła być takim po prostu powieleniem istniejących patentów metalowych – i nie była.
W załączniku utwór „Land of Sunshine” z występu zespołu Faith No More na koncercie w Phoenix Festival w 1993 r.
BUDGIE - z albumu – “Budgie” (1971) 001 Guts (4:21) 002 Everything In My Heart (0:53) 003 The Autor (6:29) 004 Nude Disintegrating Parachutist Woman (8:42) 005 Crash Course In Brain Surgery (2:38)
URIAH HEEP - z albumu – “Demons and Wizards” (1972) 006 Traveller In Time (3:25) 007 Easy Livin' (2:37) 008 Circle Of Hands (6:26) 009 Rainbow Demon (4:25)
UFO - z albumu – “Phenomenon” (1974) 010 Doctor Doctor (4:13) 011 Space Child (4:01) 012 Rock Bottom (6:32) 013 Queen Of The Deep (5:44)
THIN LIZZY - z albumu – “Jailbreak” (1976) 014 Jailbreak (4:04) 015 Romeo And The Lonely Girl (3:58) 016 Emerald (4:05) 017 The Boys Are Back In Town (4:30)
Pełny czas: 77:34
Przy okazji prezentacji plakatu Pila Lynotta postanowiłem przywołać wspomnienie o prawdziwie rockowych i żywiołowych koncertach tej grupy na przykładzie fragmentu jej koncertu z 1976 r., a więc sprzed 40 lat. Na zachowanym filmiku możemy zobaczyć zespół na żywo i usłyszeć cztery nagrania zespołu Thin Lizzy: Jailbreak, Emerald, Boys Are Back, Rosalie/Cowboy Song.
Przez żywiołowość rozumiem tutaj tylko dosłownie prawdziwie energetyczny rock, bez broni laserowej, ognia, striptizerek i innych cudów jakie często można zobaczyć na innych koncertach rockowych. Jak widać po tym fragmencie koncertu Thin Lizzy z okresu albumu "Jaibreak" ("Ucieczka z więzienia") można było grać dobrego rocka nie uciekając się do tanich sztuczek z tapirowaniem członków zespołu na dziwki, czy tworzeniem dziwacznych scenicznych dekoracji.
Wracając jednak do samej składanki, to powiem, że przygotowałem ją z myślą o prezentacji zespołów tzw. dru8giej ligi rocka lat 70. co należy przez to rozumieć wspomniałem już przy okazji opisu do plakatu z Philem Lynottem. Wybrałem na nią cztery zespoły - dzisiaj uważane za klasyków rocka równych ówczesnym największym, a więc np. Led Zeppelin - i cztery ich przełomowe płyty. w jednym wypadku (Budgie) był to debiut ("Budgie" z 1971 r.), w pozostałych kolejne płyty w dyskografiach tych wykonawców, ale takie, które przyniosły im sławę. Spośród nich wybrałem: “Demons and Wizards” (1972) grupy Uriah Heep, “Phenomenon” (1974) zespołu UFO i wspomniany już “Jailbreak” (1976) zespołu Thin Lizzy.
Obecnie są to zespoły już trochę zapomniane, nie tyle przez dawnych fanów, co przez obecną pop kulturę i mało popularne wśród młodzieży. W czasach mojej młodości, a więc na przełomie lat 70 i 80. XX w., wszystkie z nich były jednak bardzo znane nawet w komunistycznej Polsce. Wszystkie z nich reprezentowały nut prostego rockowego grania, na bazie hard rocka z rozładowującymi napięcie balladowymi lub piosenkowymi wstawkami na albumach. Z powodu charakteru i w miarę przystępnego repertuaru były zarazem ulubionymi twórcami muzyki rockowej głównie męskiej części ówczesnej młodzieży.
Fanami UFO i Thin Lizzy byli głównie "chłopcy z zawodówek", a fanami Uriach Heep i Budgie "chłopcy z liceów". To oczywiście uproszczony podział, ale faktem jest, że w szkole w Żorach do jakiej wówczas chodziłem mało który z moich kolegów nie znał i nie był fanem zespołu UFO.
Z kolei do dzisiaj pamiętam namiętny list uczniów jednego z warszawskich liceów do redakcji "Świata Młodych" od której domagali się zamieszczenia w gazecie zdjęcia ich ulubionego zespołu Uriah Heep bez którego nie mogą żyć. Zgodnie z ich życzeniem w jednym z kolejnych numerów pisma ukazało się takie zdjęcie.
Obecnie wszystkie te zespoły i wymienione płyty należą do klasyki rocka. Jak ten czas szybko mija, a z nim nasze życie!
001 THE GRATEFUL DEAD – „Playing In The Band” (21:11)
- z albumu „Dick's Picks Volume One: Tampa Florida 12/19/73” (1993)
002 THE GRATEFUL DEAD – „Death Don't Have No Mercy” (10:29)
- z albumu „Live/Dead” (1969)
003 FRANK ZAPPA – „King Kong” (8:14)
004 FRANK ZAPPA – „The Orange Conty Lumber Truck II” (10:41)
- z albumu Zappa/Mothers Of Invention ?– „Ahead Of Their Time” (1993)
005 MAN - "Spunk Rock" (24:50)
- z albumu „Live At The Padget Rooms, Penarth” (1972/2007)
to nagranie jest tylko w rozszerzonej dwupłytowej wersji tego albumu z 2007 r.
Całkowity czas: 75:34
Jak z powyższego zestawienia widać najbardziej lubię długie improwizowane utwory z małą ilością tekstu i z dużą dawką muzyki instrumentalnej. Zdaję sobie sprawę z tego, że większość przeciętnych słuchaczy muzyki ludzi lubi dokładnie odwrotne proporcje w muzyce, ale ja nie jestem masowym słuchaczem.
W załączniku koncertowa wersja utworu „Playing In The Band” zespołu The Grateful Dead z koncertów tej grupy w sali Civic Center Music Hall w Oklamhoma City odbytych w dniu 15 XI 1972 r.
Kompozycja The Grateful Dead pt.: „Playing in the Band” w wersji koncertowej z długimi improwizacjami, to jedno z moich najbardziej ukochanych nagrań. Mogę go słuchać zawsze i wszędzie - dosłownie w nieskończoność.
001 EMERSON LAKE & PALMER - The Barbarian (4:32)
002 EMERSON LAKE & PALMER - Knife-Edge (5:09)
003 EMERSON LAKE & PALMER - Tank (6:52)
- z albumu „Emerson Lake And Palmer” (1970 r.)
004 GENESIS - Dance On A Volcano (5:55)
005 GENESIS - Squonk (6:30)
006 GENESIS - Los Endos (5:46)
- z albumu „A Trick Of The Tail” (1976 r.)
007 KING CRIMSON - Sailor's Tale (7:30)
008 KING CRIMSON - The Letters (4:29)
009 KING CRIMSON - Exiles (7:41)
- z albumu „Islands” (1971 r.)
010 YES - The Gates The Delirium (21:54)
- z albumu „Relayer” (1974 r.)
Całkowity czas: 76:37
W załączniku utwór „The Letters” grupy King Crimson
001 DAVID BOWIE - Space Oddity (5:16)
- z albumu "David Bowie" (1969)
002 ERIC CLAPTON - Layla Unplugged (4:46)
003 ERIC CLAPTON - Old Love Unplugged (7:53)
- z albumu "Unplugged" (1992)
004 FRANK ZAPPA - Black Napkins (4:15)
005 FRANK ZAPPA - Zoot Allures (4:13)
006 FRANK ZAPPA - The Torture Never Stops (9:46)
- z albumu "Zoot Allures" (1976)
007 THE GRATEFUL DEAD - China Doll (4:11)
008 THE GRATEFUL DEAD - Unbrocken Chain (6:47)
009 THE GRATEFUL DEAD - Scarlet Begonias (4:20)
- z albumu "From The Mars Hotel" (1974)
010 BLIND FAITH - Had To Cry Today (8:49)
- z albumu "Blind Faith" (1969)
011 STEVE HILLAGE - Eight Miles High (4:31)
- nagranie dodatkowe ze wznowienia albumu "L" (2007)
012 NEIL YOUNG - Words live (11:07)
- nagranie z albumu "Road Rock V1" (2000)
Pełny czas: 76:16
W załączniku nagranie grupy The Grateful Dead - "Unbroken Chain". To jeden z tych utworów, których mogę słuchać na okrągło w nieskończoność, tak nieskończenie piękna jest ta piosenka.
001 THE ALLMAN BROTHERS BAND
- Whipping Post (23:04)
- z albumu"The Allman Brothers Band At Fillmore East" (1971)
002 FRANK ZAPPA & THE MOTHERS OF INVENTION
- The Little House I Used To Live In (18:42)
- z albumu "Burnt Weeny Sandwich" (1970)
003 QUICKSILVER MESSENGER SERVICE
- Calvary (13:34)
- z albumu "Happy Trails" (1969)
004 THE GRATEFUL DEAD
- Dark Star (23:07)
- z albumu " Live/Dead" (1969)
Pełny czas: 78:34
Utwory na tej składance dobrze oddają charakter tego, jakiej muzyki najbardziej lubię słuchać na co dzień. Jak widać w większości to długie i dość skomplikowane utwory czysto instrumentalne lub z minimalnymi partiami wokalnymi. Powiem szczerze, że partie wokalne - nie licząc bluesa i paru innych wyjątków - w muzyce dość mocno mnie irytują. Uważam bowiem, że muzyka powinna przemawiać sama z siebie bez dodatkowych wskazówek literackich.
Niestety, w muzyce rockowej, poza wybitnymi wyjątkami np. Bobem Dylanem, a już zwłaszcza w muzyce pop, testy piosenek to w większości grafomaństwo w najczystszej postaci. Ta przypadłość dotyczy nawet największych twórców rocka. Przykładowo pod względem muzycznym utwory Led Zeppelin są bardzo dobre w swoim gatunku, ale jak człowiek zacznie wgłębiać się w ich teksty, to można popaść w depresję, gdyż są tak beznadziejne złe.
Drugą sprawą jest uniwersalność muzyki instrumentalnej, w porównaniu z muzyką z fragmentami śpiewanymi. Teksty w takich utworach trzeba zrozumieć, aby w pełni pojąć jaki był zamysł danego artysty, a to nie jest takie proste. W większości teksty te są napisane i śpiewane w j. angielskim, więc trzeba dobrze znać ten język, aby je zrozumieć. Oczywiście ktoś powie, że trzeba się było uczyć języków, aby je zrozumieć, ale to nie jest takie proste.
Problem w tym, że nie wystarczy umieć języka, bo zrozumieć intencje artysty je piszącego, bo są one zazwyczaj w dużym stopniu wieloznaczne, a więc trudne do prostego przetłumaczenia. Nawet jak są to teksty po polsku, to niekiedy - z powodu aranżacji i interpretacji - trudno je zrozumieć. W każdym razie tylko nieliczni mają dar dobrego przetłumaczenia takich literackich tekstów. Dar taki mieli niektórzy redaktorzy dawnych audycji muzycznych Polskiego Radia. Jednym z nich na pewno był Tomasz Beksiński.
Na koniec trzeba powiedzieć, że muzyka z fragmentami śpiewanymi jest uważana przez większość ludzi na świecie za bardziej przystępną. Nawet w muzyce klasycznej wszystko to co ma fragmenty śpiewane jest bardziej lubiane, np. opery, niż sama muzyka wyłącznie instrumentalna, np symfonie.
Wszyscy czterej prezentowani na tej składance wykonawcy, to artyści amerykańscy. W swoim kraju są oni bardzo znani i uznani, choć obecnie może już też trochę zapomniani, ale w Polsce są znani prawie wyłącznie koneserom. Wszyscy oni są jakby zaprzeczeniem tego z czym na co dzień kojarzymy muzykę popularną z USA, a więc wszechogarniająca komercją. W przeciwieństwie do niej wszyscy prezentowani tutaj artyści, to przykłady ambitnej amerykańskiej muzyki popularnej.
Kariera wszystkich z nich rozpoczęła się w latach 60. i miała silne konotacje z ideologią hipisowską, choć niekiedy, jak w przypadku Zappy, te konotacje polegały głównie na krytyce dziecinnego spojrzenia na świat "dzieci kwiatów" z dobrze sytuowanych amerykańskich rodzin. Wszystkie z tych zespołów grały muzykę w dużym stopniu opartą na improwizacji, która szczególnie dobrze prezentowała się na koncertach.
Zespół The Allman Brothers Band powstał w styczniu 1969 r. w Muscle Shoals w Alabamie z połączenia dwóch amatorskich grup: Hour Glass i Second Coming. Choć nazwa grupy podkreślała znaczenie braci Allman: gitarzysty Duane'a oraz wokalisty i pianisty Gregga, to jednak w tym pierwszym okresie była w dużym stopniu zorganizowana na zasadzie komuny z równym znaczeniem wszystkich członków. Większość jej wczesnych kompozycji było dziełem obu braci, ale jej liderem był starszy z nich - Duane, obdarzony ponadprzeciętnymi zdolnościami gry na gitarze.
Zespół ten przeszedł różne, z reguły dość tragiczne koleje losu, gdyż pierwszy okres jego działalności przyniósł śmierć w wypadkach drogowych aż dwóm jego ważnym członkom: Duane Allman zginął 29 X 1971 r., a Berry Oakley - 11 XI 1972 r. Grupa przetrwała, ale jej kariera została złamana na wiele lat. W pełni odrodziła się dopiero po dołączeniu do niej dwóch innych wybitnych muzyków: gitarzysty Warrena Haynesa i basisty Allena Woody (zmarł przedwcześnie 26 VIII 2000 r.). Zespół ten uważany był za najwybitniejszego przedstawiciela stylów: southern i jam rocka.
Utwór "Whipping Post" ("Słup do biczowania") pochodził z debiutanckiego albumu Allmanów wydanego w listopadzie 1969 r. Była to kompozycja Gregga Allmana, ale jej basowy ponury riff na początku skomponował basista grupy Berry Oakley. Jego najsłynniejsza, wielokrotnie dłuższa wersja, znalazła się na koncertowym albumie "Fillmore East" uznanym powszechnie za jedną z najlepszych płyt nagranych "na żywo" w historii muzyki rockowej.
Pierwszy raz usłyszałem to nagranie, a także cały koncert "The Fillmore East" dopiero w dwóch audycjach "Klub Stereo" nadanych w dniach 16 i 17 II 1988 r. Wiedziałem o tej płycie od dawna, ale nie mogłem jej nagrać, bo nikt, kogo znałem, nie miał tego podwójnego albumu. Gdy go po raz pie5rwszy przesłuchałem, od razu wiedziałem, że muszę mieć to wydawnictwo. Kupiłem ją na CD dopiero jednak w 1994 r., bo była wówczas bardzo droga i trudno dostępna w Polsce.
Frank Zappa (21 XII 1940 - 4 XII 1993) był jednym z największych kompozytorów muzyki w XX w. Właśnie, nie tylko gitarzystą grającym rocka czy jazz, ale przede wszystkim kompozytorem tworzącym w różnych stylach, od doo-wop poprzez rocka, jazz, muzykę eksperymentalną po klasyczne kompozycje orkiestrowe. Ta różnorodność i ogromny dorobek twórczy tego niezwykle oryginalnego ale też pracowitego muzyka budzą podziw, ale też zgrozę wśród słuchaczy.
Pierwsze ze swych albumów nagrał wraz z założoną przez siebie grupą The Mothers Of Invention. Zespół ten uważany jest za jeden z najbardziej nowatorskich w historii muzyki popularnej. W pierwotnej wersji grupa ta istniała w latach 1964-1969. W późniejszym okresie występowała w kilku różnych mutacjach istniejących do 1975 r. Niezależnie od macierzystej formacji Zappa nagrywał także już w okresie jej istnienia także płyty które sygnował tylko własnym nazwiskiem.
Prezentowany na składance utwór "The Little House I Used To Live In" pochodzi z albumu "Burnt Weeny Sandwich" wydanego w 1970 r., ale zawierającym nagrania zarejestrowane podczas koncertów The Mothers Of Inventuion w okresie od sierpnia 1967 do lipca 1969 r. Wspomniany utwór to długa improwizacja głównie o jazz rockowym charakterze, ale z elementami rocka awangardowego i progresywnego.
W utworze tym wykorzystano różne nietypowe dla rocka instrumentarium, m.in. klawesyn, skrzypce, sekcję dętą i różnego rodzaju piszczałki. Sam podstawowy zespół rockowy został wzmocniony o drugiego gitarzystę i drugiego perkusistę dzięki czemu uzyskano potężne gęste brzmienie. Kompozycja ma bardzo skomplikowaną budowę, gdyż składa się z wielu tematów muzycznych, ich przetworzeń i improwizacji. W sumie uważa się ją za jedną z najlepszych i najbardziej oryginalnych kompozycji Franka Zappy.
W latach 80., kiedy słuchałem audycji muzycznych w Polskim Radio, płyta "Burnt Weeny Sandwich" nie była prezentowana na antenie radiowej. Utworu tego mogłem posłuchać dopiero z chwilą gdy na początku lat 90. kupiłem płytę z tą kompozycją na CD.
Grupa Quicksilver Messenger Service jest jednym z klasyków amerykańskiego rocka psychodelicznego. W pierwszym okresie swej działalności, czyli w latach 1965-1979, zespół nagrał siedem albumów studyjnych i dwa koncertowe. Wśród nich ponad przeciętność wybijały się zwłaszcza dwie płyty: debiutancka "Quicksilver Messenger Service" (1968) oraz koncertowa płyta "Happy Trails" (1969). Na tej ostatniej najciekawszym nagraniem była wielowątkowa improwizacja "Who Do You Love" wywodząca się z klasycznego rock and rolla Ellasa McDaniela, czyli Bo Diddleya pod tym samym tytułem.
Niestety z powodu ograniczeń czasowych, na tę składankę musiałem wybrać z tego albumu inne nagranie, utwór "Calvary". To także dość długa kompozycja, ale tym razem dzieło członka zespołu Gary Duncana - gitarzysty i wokalisty. Tak jak w wielu innych wypadkach o chęci posłuchania tego zespołu zadecydował artykuł o tym zespole autorstwa młodego W. Weissa w miesięczniku "Jazz. Magazyn Muzyczny".
Utworem zamykającym składankę jest słynna improwizacja "Dark Star" zespołu The Grateful Dead z kultowego albumu " Live/Dead" z 1969 r. Ten wciąż mało znany w Polsce zespół uważany jest za najważniejszego przedstawiciela muzyki epoki hipisów. Jego płyty studyjne były dość zachowawcze, bo zawierały z reguły dość krótkie utwory często o piosenkowym charakterze, ale dopracowane kompozycyjnie i brzmieniowo.
Pełnię swych możliwości grupa ujawniała, podobnie jak The Allman Brothers, dopiero na koncertach. Każdy ich występ na żywo był wielkim i przemyślanym misterium trwającym często przez wiele godzin. Utwory własne grupy i zapożyczone od innych, były tak dobrane, aby umożliwić zbudowanie na ich podstawie nieskrępowanych improwizacji. Te improwizacje były samodzielnymi dziełami muzycznymi, w pełni przemyślanymi, pełnymi inwencji, żarliwości i wciągającymi słuchacza jakąś wewnętrzną siłą w głąb własnej podświadomości.
Kompozycje z początku koncertu były najczęściej dość proste, a więc grano rock and rolle, bluesy i proste utwory rockowe, które stopniowo przechodziły w coraz bardziej wyszukane formy. W końcowych fazach koncertu ich brzmienie zbliżało się do muzyki awangardowej, bliskiej dokonaniom Henry Cow czy King Crimson (w wersji improwizowanej z okresu "Starless And Bible Black"). Zwłaszcza ta ostatnia forma może odstręczać mniej przygotowanego słuchacza do obcowania z dziełami The Dead.
Podobnie jak w przypadku Allmanów grupa była zorganizowaną komuną muzyczną, której członkowie działali na równych prawach, ale kierunek poczynaniom zespołu nadawał jeden z jej dwóch gitarzystów, a także wokalista Jerry Garcia. Nie miał on jednego z palców, więc jego styl gry na gitarze dostosowany był do tego faktu, dodatkowo grał na gitarze skonstruowanej tak, aby grała wolniej niż inne tego typu instrumenty (z reguły gitarzyści zlecali budowę gitar które grały szybciej).
Ważną rolę odgrywał też drugi gitarzysta i wokalista tego zespołu Bob Weir, który razem liderem był kompozytorem większości repertuaru grupy. Znaczny wkład w brzmienie The Dead mieli także długoletni członkowie tego zespołu, a zwłaszcza basista i wokalista Phil Lesh i dwaj perkusiści: Bill Kreutzmann i Mickey Hart. Teksty do piosenek grupy pisał Robert Hunter.
Grupa stworzyła najlepszy na świecie system nagłośnienia swych instrumentów na koncertach, co było dosłowną realizacją "ściany dźwięku" kontrolowanej bezpośrednio przez samych muzyków, a nie przez inżyniera przy konsolecie poza sceną. Potężne brzmienie zespołu wynikało też z podwojenia perkusistów i gitarzystów, co było podobne do instrumentarium w grupie braci Allman.
Podobnie jak większość innych zespołów epoki lat 60. pierwsze płyty grupy wychodziły z klasycznego dwunastotaktowego bluesa, ale szybko przybrały nową formę zwaną psychodelicznym rockiem. Ten nowy gatunek powstał głównie jako skutek zażywania przez członków zespołu środków psychoaktywnych (narkotyki były zresztą przyczyną przedwczesnej śmierci Jerry Garcii w 1995 r.). Grupa tworzyła także w innych stylach, m.in. country rocka, symfonicznego rocka i awangardowego rocka.
Album "Live/Dead" jest jedną z najsłynniejszych płyt koncertowych w historii rocka. Nagrano go na koncertach w okresie od stycznia do marca 1969 r. Grupa była wówczas w szczytowej formie. Uważa się, że jest to jednej z najlepszych przykładów uchwycenia istoty muzycznego brzmienia danego wykonawcy na płycie.
Utwór "Dar Star" ("Ciemna Gwiazda") to kompozycja zbiorowa wszystkich członków grupy a zarazem ich zbiorowa improwizacja. To zaprzeczenie "Jasnej Gwiazdy" z ideologii hipisów. Pierwotna wersja utworu wydana na singlu w kwietniu 1968 r. liczyła niecałe trzy minuty. Wersja koncertowa tego utworu ma 23 minuty i dobrze pokazuje na czym polegał fenomen The Grateful Dead.
Ogólnie rzecz biorąc utwór "Dark Star" był mieszkanką jazzu, improwizacji i psychodelicznego rocka. Utwór ten był bardzo często wykonywany przez zespół na koncertach i zarejestrowano go w licznych wersjach, ale ta najważniejsza pochodzi właśnie z albumu "Live/Dead".
Po raz pierwszy przeczytałem o zespole The Grateful Dead w "Magazynie Muzycznym Jazz" w 1980 r. Zachęcony tym tekstem bardzo chciałem posłuchać nagrań tego zespołu, a zwłaszcza płyty "Live/Dead". Niestety w latach 80. nigdy nie zaprezentowano jej w audycjach muzycznych PR. Albumu tego mogłem posłuchać dopiero w 1993 r., kiedy kupiłem go na płycie kompaktowej.
W załączniku utwór"Calvary" zespołu Quicksilver Messenger Services
TALK TALK – “The Colour of Spring” (1986) 001 Happines Is Easy (6:31) 002 Lif'e What You Make It (4:29) 003 Living In Another World (6:55) 004 Time It's Time (8:11)
THIS MORTAIL COIL – “It'll End in Tears” (‘84) 005 Fyt (4:24) 006 Holocaust (3:38) 007 Another Day (2:54) 008 Fond Affection (3:51)
DEAD CAN DANCE - “Within the Realm of a Dying Sun” (1987) 012 Anywhere Out Of The World (5:07) 013 Windfall (3:31) 014 In The Wake Of Adversity (4:14) 015 Cantara (5:58) 016 Summoning Of The Muse (4:57)
Pełny czas: 78:15
Tym razem fragmenty wybranych płyt, muzycznych arcydzieł, podopiecznych Ivo Watts-Russella, szefa wytwórni 4AD. Te przejmujące do głębi kompozycje wykonane wręcz z religijną egzaltacją dowodzą, że także w ogólnie miałkich latach 80. XX w. powstało coś wartościowego i ponadczasowego w muzyce.
W załączniku teledysk z utworem "Anywhere Out Of The World" grupy Dead Can Dance.
MICHAEL SCHENKER GROUP – “The Michael Schenker Group” (1980) 007 Into the Arena (4:17) 008 Tales of Mystery (3:22) 009 Lost Horizons (7:08)
RUSH – “Signals” (1982) 010 Subdivisions (5:34) 011 The Analog Kid (4:48) 012 Countdown (5:50)
ROBERT PLANT – “Pictures at Eleven” (1982) 013 Burning Down One Side (3:58) 014 Moonlight In Samosa (4:01) 015 Slow Dancer (7:47)
Pełny czas: 76:44
Tym razem składanka złożona z bardziej hard rockowych brzmień. Wszystkie nagrania pochodzą z płyt nagranych na początku lat 80., a więc w czasach mojej młodości. Niektóre z tych płyt są do dzisiaj bardzo znane i popularne np. album “Signals” grupy Rush. Inne sąnieco zapomnaine np. “Just Testing” zespołu Wishbone Ash.
Do prezentacji w teledysku wybrałem utwór wielki przebój grupy Rush "Subdivisions" w wersji z oficjalnego teledysku z epoki. To jedno z moich najbardziej ulubionych nagrań tego zespołu. No i jeszcze ten tekst o tym, że w skonformizowanym świecie nie ma miejsca dla inności: "Dostosuj się albo zostaniesz odrzucony".
001 PINK FLOYD - See Emily Play (2:54) 002 PINK FLOYD - Remember A Day (4:29) 003 RICHARD WRIGHT - Against The Odds (4:00) 004 RICHARD WRIGHT - Cat Cruise (5:16) 005 RICHARD WRIGHT - Waves (4:21) 006 EDGAR FROESE - Detroit Snackbar Dreamer (6:37) 007 CHRIS SQUIRE - You By My Side (5:00) 008 CHRIS SQUIRE - Safe (Canon Song) (14:57) 009 JOHN CALE - Child's Christmas In Wales (3:21) 010 JOHN CALE - Hanky Panky Nohow (2:47) 011 JOHN CALE - The Endless Plain Of Fortune (4:13) 012 QUICKSILVER - Edward The Mad Shirt Grinder (9:22) 013 THE ALAN PARSONS PROJECT - La Sagrada Familia (8:48)
Całkowity czas: 76:29
To fantazyjna składanka różnych wykonawców i nagrań, głównie z lat 70, ale są też utwory z lat 60 i jeden z lat 80. XX w. Wybrałem nagrania mniej znane u masowego odbiorcy, ale znane wśród koneserów (nie licząc oczywiście megagwiazdy jaką jest Pink Floyd). Jak Ktoś szuka czegoś dobrego, a jeszcze nie tak ogranego, to w sam raz zbiór nagrań na taką okazję.
W teledysku utwór „You By My Side” z albumu „Fish out of Water” (1975) przygotowanego jako płyta solowa przez Chrisa Squire’a. Obecnie to album nieco zapomniany, ale w epoce był on wielkim osiągnięciem artystycznym tego nieżyjącego już basisty, a zarazem cichego lidera grupy Yes. Jak się posłucha tej płyty to wyraźnie widać, Kto był odpowiedzialny za klasyczne brzmienie grupy Yes w latach 70.
THEM 001 Baby Please Don't Go (2:42) 002 Gloria (2:38) 003 Bright Lights Big City (2:32) 004 Here Comes The Night (2:48) 005 If You And I Could Be As Two (2:54) 006 I'm Gonna Dress In Black (3:31) - wybór nagrań ze składanki „The Story Of Them” x 2, Deram/Decca, 1997
MANFRED MANN 007 Do Wah Diddy Diddy (2:32) 008 5-4-3-2-1 (2:00) 009 Hubble Bubble Toil And Trouble (2:26) 010 I Put A Spell On You (3:38) 011 Why Should We Not (2:20) - wybór nagrań ze składanki „The Best Of. The EMI Years”, EMI, 1993
SPENCER DAVIS GROUP 012 When A Man Loves A Woman (3:10) 013 Back Into My Life Again (2:26) 014 Every Little Bit Hurts (3:28) 015 Hey Darling (4:46) 016 I'm Getting Better (2:11) 017 Let Me Down Easy (3:00) - wybór nagrań ze składanki „Eight Gigs A Week. The Steve Winwood Years, CD x 2, Island /Chronicles, 1996
THE PRETTY THINGS 018 Can't Stand The Pain (2:40) 019 Detecting Grey (4:28) 020 LSD (2:24) 021 October 26 (4:54) 022 Sittin' All Alone (2:47) - wybór nagrań ze składanki „Singles As & Bs”, CD x 3, Repertoire, 2002
THE SHADOWS 023 Apache (2:57) 024 FBI (2:23) 025 Peace Pipe (2:15) 026 The Frightened City (2:25) 027 Wonderful Land (2:06) - wybór nagrań ze składanki „Greatest Hits”, EMI, 1963/2004
Pełny czas: 79:03
Tym razem proponuję zestaw wybranych nagrań klasyków rocka z lat 60.: grupy Them działającej w latach 1964-1979 (jej liderem był Van Marrison), zespołu Manfred Mann działającego w latach 1962-1969 (jego liderem był Manfred Mann), zespołu The Spencer Davis Group istniejącego w latach 1963-1969 (a także później), którego liderami byli Spencer Davis i Steve Winwood, grupy Pretty Things istniejącej nieustannie od 1963 r. (jej założycielem był Phil May) oraz zespołu The Shadows w klasycznym okresie działającego w latach 1958-1968 (a także później), którego liderem był Hank Marvin.
Pierwsza z tych grup, czyli zespół Them, to zespół irlandzki, a pozostałe, to grupy brytyjskie. Niektóre z tych zespołów przetrwały do naszych czasów, ale ich największa sława i wkład w rozwój muzyki popularnej przypadły na lata 60. XX w. Niektórzy liderzy tych grup. np. Van Morrison i Steve Winwood po odejściu z macierzystych formacji odnieśli znacznie większy sukces niż w grupach, w których debiutowali.
W załączniku teledysk z epoki z wykonaniem utworu „Baby Please Don't Go” grupy Them, obecnie absolutnego klasyka i standardu muzyki rockowej.
001 IT'S A BEAUTIFUL DAY - Bombay Calling (4:26)
002 FAIRPORT CONVENTION - Autopsy (4:27)
003 ERIC BURDON & WAR - Nights In White Satin (4:29)
004 ERIC CLAPTON & STEVE WINWOOD - Had To Cry Today (7:47)
005 QUEENS OF THE STONE AGE - Like A Drug (3:15)
006 NICK CAVE - Loverman (6:21)
007 GARY MOORE - As The Years Go Passing By (7:45)
008 RADIOHEAD - Karma Police (4:21)
009 QUEEN - Dead Of Two Legs (3:43)
010 ALAN PARSONS PROJECT - I Robot (5:15)
011 PROCOL HARUM - Fires Which Burn Brightly (5:12)
012 RENAISSANCE - Things I Don't Understand (9:32)
013 GENESIS - One For The Vine (10:00)
Całkowity czas: 77:06
To mój fantazyjny wybór różnych wykonawców muzyki popularnej i ich nagrań z kilku ostatnich dekad. Bardzo znanych i mniej znanych, ale zawsze tworzących piękne melodie i zapadające w pamięć.
W załączniku utwór "Bombay Calling" z 1969 r. zespołu It's A Beautiful Day. Ten wspaniały utwór jest protoplastą rockowego mega przeboju "Child in Time" Deep Purple.
BOB MARLEY
001 Concrete Jungle (4:14)
002 400 Years (2:46)
003 Baby We've Got a Date (Rock It Baby) (3:58)
004 Kinky Reggae (3:39)
005 No More Trouble (4:00)
006 Midnight Ravers (5:11)
- nagrania z albumu – “Catch a Fire” (1973)
PETER TOSH
007 Get Up Stand Up (3:29)
008 Downpressor Man (6:25)
009 Equal Rights (5:58)
010 Jah Guide (4:29)
- nagrania z albumu "Equal Rights" (1977)
BURNING SPEAR
011 Man in the Hills (4:04)
012 Black Soul (3:29)
013 People Get Ready (3:26)
014 Groovy (3:57)
- nagrania z albumu – “Man in the Hills” (1976)
BLACK UHURU
015 Youth of Eglington (5:01)
016 Sponji Reggae (4:53)
017 Puff She Puff (5:09)
018 Rockstone (4:35)
- nagrania z albumu – “Red” (1981)
Pełny czas: 78:51
Tym razem proponuję składankę z utworami w stylu reggae. Pierwowzorem muzyki reggae była muzyka ska powstała na Jamajce w połowie lat 50. następnie rozwinięta w połowie lat 60. XX w. w postaci stylu rocksteady. Oba te gatunki charakteryzowały się wyrazistą linią basu i akcentem perkusyjnym kładzionym na drugą i czwartą nutę taktu, przy czym w ska temp było szybkie a w rockstedy wolne.
Znana nam obecnie muzyka reggae narodziła się w Kingston na Jamajce pod koniec lat 60. z muzyki ska i rocksteady połączonej z innymi stylami muzycznymi: tradycyjną jamajską muzyką taneczną mento i stylem calypso oraz amerykańskim jazzem i rythm and bluesem. W uproszczeniu można powiedzieć że reggae jest takim jamajską odmianą bluesa ze zwiększoną rolą partii basowych grających w stylu perkusyjnym. Główna różnica do dotychczasowych stylów polegała na tym, że w reggae charakterystyczny powolny kołyszący rytm jest wolniejszy od ska, ale szybszy niż w rocksteady.
Po raz pierwszy słowa reggae w utworze muzycznym użyła grupa Toots and The Maytals na swym singlu pt. "Do The Reggay" wydanym w 1968 r. Pochodzenie słowa reggae ma wiele tłumaczeń, ale najbardziej prawdopodobnym jest to, które wywodzi go od lokalnego slangowego określenia prostytutki na Jamajce. Takie tłumaczenie odpowiadałoby też bluesowej tradycji, w której wiele zwrotów i slangowych określeń miało erotyczne konotacje.
Muzyka reggae pozostała by może na zawsze jedynie lokalną atrakcja gdyby nie Chris Blackwell właściciel brytyjskiej wytwórni płytowej Island Records. Odkrycie przez niego reggae nie było przypadkowe, gdyż wytwórnię tę założył w 1959 r. właśnie na Jamajce w celu wydawania tamtejszej muzyki ska. Jednak z powodu różnych trudności już w 1962 r. przeniósł ją do Wielkiej Brytanii. Gdy w końcu lat 60. na Jamajce rozprzestrzenił się Ruch Rastafari (ruch religijny zapoczątkowany w latach 30. przez Marcusa Garveya) a wraz z nim grupa nowych młodych wykonawców głosząca jego przesłanie Blackwell dostrzegł w ich muzyce szansę dla siebie. Po niezbędnych przygotowaniach już 13 IV 1973 jego wytwórnia wydała album "Catch A Fire" Boba Marleya i jego zespołu The Wailers. Był to początek światowej kariery Boba Marleya i muzyki reggae.
Pierwotny zespół Bob Marley & The Wailers działał na Jamajce w latach 1963-1973 grając początkowo muzykę ska i rocksteady, a wreszcie reggae. Tworzyło go wówczas 6 muzyków: Bob Marley, Bunny Livingston (vel Wailer), Peter Tosh, Junior Braithwait, Beverley Kelso i Cherry Green. Przy nagrywaniu pierwszego albumu dla Island z dawnego składu The Wailers pozostali tylko trzej pierwsi muzycy. Jednak szybko także oni odeszli z grupy po tym jak Chris Blackwell zaczął jawnie forować Boba Marleya na lidera tego zespołu. W ten sposób grupa The Wailers z lat 1974-1981 to był jedynie zespół towarzyszący Marleyowi a nie równoprawni twórcy jej repertuaru. Dobrze rozwijającą się karierę Boba Marleya przerwała jego choroba i śmierć w 1981 r. (zmarł na raka).
Drugie wcielenie zespołu The Wailers z lat 1974-1981 tworzyli: bracia Aston (bass) i Carlton Barrett (drums, percussion) grający z Marleyem już od 1970 r., a także wielu innych muzyków, w tym Earl Lindo (keyboards), Tyrone Downie (keyboards, percussion, backing vocals), Alvin Patterson (percussion), Earl "Chinna" Smith (guitar), Donald Kinsey (guitar), Junior Marvin (guitar, backing vocals), a także cały zastep wokalistek wspomagających na czele z Ritą Marley (backing vocals).
Właściwie wszystkie płyty nagrane przez Boba Marleya i The Wailers w latach 1973-1980 stały się międzynarodowymi hitami, ale dla mnie te najważniejsze to: "Catch a Fire" (1973), "Burnin'" (1973), "Natty Dread" (1974), "Live" (1975), "Exodus" (1977) i " Babylon by Bus" (1978). Jako całości szczególnie cenię pierwszą z nich i koncert z 1976 r.
Po odejściu od pierwotnego The Wailers własne znaczące płyty w stylu reggae wydali także: Bunny Wailer (właściwie Neville O'Riley Livingston) i Peter Tosh (właściwie Winston Hubert McIntosh). Ten ostatni mial najbardziej radykalne poglądy polityczne z wszystkich wailersów, co przysporzyło mu wrogów i najpewniej doprowadziło do jego przedwczesnej śmierci w 1987 r. (został zamordowany).
O wielkim wkładzie tego ostatniego do brzmienia The Wailers niech świadczy fakt, że jeden z najbardziej znanych utworów tego zespołu " "Get Up, Stand Up" to wspólna kompozycja Tosha i Marleya z naciskiem na rolę tego pierwszego.
Peter Tosh tak opisał muzykę reggae:
"Korzenie reggae stanowi rytm, który pochodzi z serca. Muzyka korzeni, roots music, jest najważniejszą formą, w której możesz znaleźć miejsce dla wszystkich rodzajów idei. I dzieje się to tak długo, jak długo trzymasz się blisko źródła, którym są bębny i bas, gitara reggae i brzdąkające pianino, czyli to wszystko, co stanowi fundament pieśni".
Z kolei Bob Marley tak opisywał tę muzykę następująco:
"Reggae odzwierciedla realną sytuację społeczną, głębokie, nisko brzmiące partie basu, obrazują życie slumsów i ghett, zaś akcent bębnów jest znakiem wiary w to, że odradzająca się świadomość społeczna spowoduje zniesienie podziału na obywateli pierwszej i drugiej kategorii".
Po upływie 35-40 lat od chwili wypowiedzenia tych słów bieda i podziały w świecie jeszcze się pogłębiły. Ale obecnie muzyka reggae nie jest już tak popularna jak w latach 70. więc jej oddziaływanie i filozofia także zostały ograniczone.
Oprócz fragmentów dwóch najbardziej nowatorskich płyt boba Marleya i Petera Tosha na proponowanej przez mnie składance znalazły się także fragmenty dwóch innych wybitnych płyt wykonawców reggae: Burning Speara (właściwie Winston Godfrey Rodney) jednego z prekursorów tej muzyki, a także kultowej grupy reggae Black Uhuru.
Na teledysku koncertowe wykonanie kultowego utworu "Get up, stand up" przez grupę Boba Marleya w 1980 r.
001 JETHRO TULL - Beggar's Farm (4:19)
- z albumu "This Was" (1968)
002 THE DOORS - When The Music's Over (10:59)
- z albumu "Strange Days" 1967)
003 IRON BUTTERFLY - In A Gadda Da Vida (17:10)
- z albumu "In-A-Gadda-Da-Vida" (1968)
004 COLOSSEUM - The Valentyne Suite (16:59)
- z albumu "Valentyne Suite" (1969)
005 JIMI HENDRIX - Voodo Chile Blues (8:47)
- z albumu "Blues" (1994)
006 CAPTAIN BEEFHEART - Mirror Man (15:46)
- z albumu "Mirror Man" (1971)
Pełny czas: 74:10
Tę składankę przygotowałem kiedyś specjalnie na dzień św. Walentego, stąd znajduje się tutaj suita zespołu Colosseum "Valentyne Suite". W czasach mojej młodości, czyli na początku lat 80. XX w. zawsze w ten dzień utwór ten prezentował w Polskim Radio w swoich audycjach Piotr Kaczkowski. W tamtym czasie mało kto w Polsce wiedział o jakimś Dniu św. Walentego a przynajmniej takie święto nie istniało w masowej wyobraźni. Do jego popularyzacji, w erze przed nastaniem masowej pop kultury w naszym kraju, na pewno przyczynił się Piotr Kaczkowski. O samej muzyce powiem w dalszej części tej notatki.
Ogólnie rzecz biorąc na składankę tę wybrałem nagrania z lat 60 i początku 70, choć jedno zn nich w formie tutaj przedstawionej na płycie (dokładnie utwór Jimi Hendrixa) ukazało się dopiero w latach 90. Jedne z nich mają charakter psychodeliczny (The Doors, Iron Butterfly), a inne bluesowy i jazzowy (Jethro Tull, Colosseum, Jimi Hendrix, Captain Befheart) - przy czym to ostatnie także awangardowy.
Najkrótszym utworem na tej składance jest kompozycja "Beggar's Farm" ("Farma Żebraka") zespołu Jetrho Tull. W przeciwieństwie do większości utworów tego zespołu jej głównym autorem nie był autorytarny lider Ian Anderson, a jej gitarzysta Mick Abrahams. W tym wypadku Anderson musiał się zadowolić jedynie współudziałem w jej skomponowaniu. Poprzez to autorstwo utwór ten jest bliższy bluesa i jazzu niż inne utwory zespołu Jethro Tull.
Utwór "When The Music's Over" ("Gdy przebrzmi muzyka") zawsze należał do moich ulubionych. Zespół kolejny raz wyszedł tutaj poza czasowe i formalne klamry kilkuminutowej piosenki pozostawiając jednak charakterystyczną dla siebie chwytliwą melodykę. W nagraniu tym solo gitarowe Robbie Kriegera zostało celowo zniekształcone w studio, aby nadać mu jeszcze większej siły wyrazu. Recenzenci muzyczni częśto zarzucali temu utworowi, że nawiązuje swoją strukturą do uwielbianego przez większość fanów i krytyków utworu "The End" z debiutanckiej płyty grupy. W przeciwieństwie do większości fanów, ja nie lubię tego ostatniego utworu, za to uwielbiam właśnie "When The Music's Over". Lubię go, bo jest ona dla mnie kwintesencją prawdziwego muzycznego, a nie przegadanego zespołu The Doors.
Nagranie "In A Gadda Da Vida" ("W rajskich ogrodach wyobraźni") z albumu pod tym samym tytułem amerykańskiej grupy Iron Butterly jest jednym z najsłynniejszych w historii muzyki rockowej, a także w kulturze popularnej. To także klasyczny przykład na to czym był amerykański acid rock i psychodeliczny rock lat 60. Utwór ten uważa się także za prekursorski w stylu zwanym później heavy metalem. Gdy po raz pierwszy usłyszałem go w młodości byłem porażony potęgą jego brzmienia i niekończącymi się coraz bardziej wciągającymi improwizacjami. dla celów promocyjnych utwór ten skrócono i wydano na singlu i w tej wersji zna go większość przeciętnych miłośników muzyki.
Gdy po raz pierwszy usłyszałem kompozycję "The Valentyne Suite" zespołu Colosseum, od raz się w nim zakochałem i ta miłość do niego trwa we mnie do chwili obecnej. To szczególnie udane artystycznie i przekonywujące muzycznie połączenie rocka psychodelicznego, progresywnego i jazzu. Pierwotnie utwór ten miał znaleźć się już na debiutanckim albumie grupy, ale w związku z tym, że album ten ukazał się już w Wielkiej Brytanii zamieszczono ją dopiero na drugiej płycie zespołu Colosseum. Pod względem formalnym utwór składa się z trzech części a ideowo opowiada o przebudzeniu przyrody po zimowym letargu (z lekkim nawiązaniem np. w okładce płyty do zwyczajów celtyckich).
Kompozytorem dwóch pierwszych części: "January Search" i "February's Valentyne" był Dave Greenslade (organy, wibrafon, pianino), a trzeciej "The Grass is Always Greener" dwaj inni członkowie tego zespołu: Dick Heckstall-Smith (saksofony) i Jon Hiseman (perkusja).
Jimi Hendrix z pewnością zasługuje na coś więcej niż tylko jedno nagranie. Ale tutaj wybrałem, i to nie przypadkowo, utwór "Voodo Chile Blues" z jednej z najważniejszych jego pośmiertnych płyt, albumu "Blues", wydanego w 1994 r. Opublikowana na nim wersja utworu "Voodo Chile" ("Dziecko czarownika"), silnie bluesowa, ale zachowująca swą hipnotyczną moc, ukazuje z cała wyrazistością, gdzie znajdowały się muzyczne inspiracje Hendrixa.
Składankę tę kończy monumentalny i najtrudniejszy na niej w odbiorze utwór "Mirror Man" ("Lustrzany Człowiek") z albumu pod tym samym tytułem nieodżałowanego Captain Beefhearta i jego zespołu Magic Band. Formalnie nagranie to ukazało się na piątej w kolejności płycie Kapitana w 1971 r., ale faktycznie album ten nagrany został już jesienią 1967 r. wówczas jednak wytwórnia wystraszyła się wydać te nagrania, bo uważa, że są one zbyt trudne w obiorze i nikt tej płyty nie kupi. Utwór "Mirror Man" jest przykładem na to jak prosty skądinąd utwór bluesowy może ewoluować w nieznane wcześniej rejony muzyczne dalekie od tradycyjnego pojmowania bluesa i wszechobecnej w muzyce pop komercji. Pod względem muzycznym, kompozycja ta to taka free jazzowa wersja pierwotnego wiejskiego bluesa.
To jeden z tych utworów po przesłuchaniu których żaden słuchacz nie może pozostać obojętny. Albo dozna oświecania i polubi nieznane mu wcześniej rejony muzyki mniej komercyjnej za to intelektualnie bardziej płodnej, albo na zawsze znienawidzi osobnika zwanego Captain Beehfeart z jego niekonwencjonalnym podejściem do faktury dźwiękowej. W tym drugim wypadku pozbawi się przy okazji obcowania z wieloma podobnymi poszukiwaniami muzycznymi wykraczającymi poza wąsko rozumianą i w sumie dość ograniczoną muzykę popularną. Nie przypadkowo więc portal Allmusic uważa płytę na której znalazł się utwór "Mirror Man" jako jedną z najważniejszych w całej karierze Beefhearta.
W załączniku link do koncertowej wersji utworu "Valentyne Suite" grupy Colosseum z koncertu w Montreux w 1969 r.
TANGERINE DREAM
001 Stratosfear (10:37)
002 Invisible Limits (11:25)
- nagrania z albumu "Stratosfear" (1978)
003 Rubycon Part One (17:21)
- nagranie z albumu "Rubycon" (1975)
004 Richochet Part One (17:00)
- nagranie z albumu "Richochet" (1975)
005 Monolight (19:36)
- nagranie z albumu "Encore" (1977)
Pełny czas: 76:08
Dla większości fanów klasycznego elektronicznego rocka, czy jak kto woli, szkoły berlińskiej ten muzyki, niemiecki zespół Tangerine Dream, jest uosobieniem elektronicznego rocka jako takiego. Jednak nie był to pierwszy ani jedyny wykonawca, którzy tworzył muzykę za pomocą wyłącznie elektronicznego instrumentarium. W muzyce popularnej wcześniej od niego był choćby Walter Carlos w Ameryce, a w Niemczech równolegle z Tangerine Dream działało kilku innych wykonawców, m.in. Klaus Schulze i Ash Ra Tempel. Ale to właśnie TD uważany jest powszechnie za twórcę i najlepszego przedstawiciela elektronicznego rocka grającego w stylu "szkoły berlińskiej".
Aby muzyka elektroniczna mogła zaistnieć musiały powstać elektroniczne instrumenty. Pierwsze z nich powstały już przed 1939 r., ale dopiero w latach 50. XX w. nabrały one w pełni praktycznego znaczenia przy tworzeniu muzyki. Szczególnie ważnym dla muzyki popularnej wynalazkiem był Syntezator Mooga po raz pierwszy zaprezentowany publicznie w 1964 r.
W 1949 roku urodzony w Belgii i pracujący w Niemczech inżynier dr Werner Meyer-Eppler opublikował książkę pt.: "Elektronische Klangerzeugung: Elektronische Musik und synthetische Sprache", w której oprócz wyników badań nad syntezatorami mowy, znalazł się też wezwanie do tworzenia muzyki za pomocą czysto elektronicznych instrumentów. To właśnie w tej książce po raz pierwszy użyto terminu "muzyka elektroniczna" na określenie dźwięku tworzonego przez instrumenty elektroniczne. W 1951 r. Mayer-Eppler zaprezentował pierwszą kompozycję wyłącznie elektroniczną na jednym z kursów nowoczesnej muzyki w Darmsztadzie. Spotkało się to z dużym zainteresowaniem młodych kompozytorów muzyki klasycznej i krytyków.
Tego samego 1951 r. Meyer-Eppler wraz z kompozytorem Robertem Beyerem i muzykologiem i dziennikarzem Herbertem Eimertem przystąpili do organizacji przy radiostacji Nordwestdeutscher Rundfunk (NWDR) w Kolonii studia muzyki elektronicznej. Otwarto je ostatecznie 26 V 1953 r. Była to najważniejsza tego rodzaju placówka w Europie. Wkrótce później podobne placówki powstały także przy innych ważniejszych rozgłośniach radiowych naszego kontynentu, m.in. w Warszawie. Zorganizowano tutaj Studio Eksperymentalne Polskiego Radia, którego dokonania nawet obecnie robią duże wrażenie.
Jak to zwykle bywało w dziejach muzyki, prekursorami muzyki elektronicznej byli kompozytorzy działający w segmencie muzyki klasycznej, którzy jako pierwsi dostrzegli w elektronicznym instrumentarium nowe możliwości ekspresji artystycznej. Przeważnie byli to kompozytorzy awangardowi, którzy tworzyli muzykę szczególnie trudną w odbiorze, ale jednocześnie tacy, którzy mieli coś nowego do powiedzenia w sztuce, a nie tylko powielali zastany uporządkowany świat dźwiękowy. Wśród nich byli m.in.: Edgar Varese, Geory Ligetti, Luciano Berio, John Cage, Iannis Xenakis, Nauricio Kagel, Karl Heinz Stockhausen, czy Krzysztof Penderecki.
Tworzone przez nich kompozycje były mało przystępne dla masowego odbiorcy, stąd przez całe lata 50. i większość lat 60. muzykę elektroniczną utożsamiano ze skrajnymi odłamami klasycznej muzyki eksperymentalnej.
Po raz pierwszy fragmenty nagrań zespołu Tangerine Dream usłyszałem w pierwszej połowie 1980 r. w jednej z audycji muzycznych w Programie III Polskiego Radia. Nie potrafię jednak jednoznacznie wskazać co to była za audycja. Nadano wówczas niektóre z nagrań z podwójnego albumu koncertowego "Encore" z 1977 r. Wielkim przeżyciem była dla mnie prezentacja nagrań zespołu w trójkowej audycji Jerzego Korodowicza "Muzykobranie": 24 VIII 1981 r. nadano utwory "Desert Dream" (z albumu "Encore") i "Circulation Of Events" (z albumu "Atem"), a 31 VIII 1981 r. pierwszą część albumu "Alpha Centauri" z 1971 r. z tytułową suitą. Wszystkie te utwory nagrałem za pomocą magnetofonu szpulowego "Aria".
Doskonale też pamiętam dwukrotną prezentację płyty "Stratosfear" (1976) w audycjach "Studio Stereo" nadawanych w Programie IV Polskiego Radia. Po raz pierwszy zaprezentowano ją w dniach 3 i 10 X 1981 r., a po raz drugi w dniach 21 i 28 XI 1981 r. Ta druga prezentacja została wymuszona przez słuchaczy, którzy skarżyli się, że podczas pierwszej z nich doszło do znaczących zakłóceń podczas nadawania tego albumu w radio. Znaczącym przeżyciem była dla nie też prezentacja albumu "Zeit" z 1972 r. w dwóch audycjach z trójkowego cyklu "Głosy, Instrumenty, Nastroje" nadanych 10 i 24 II 1983 r.
Płytą "Stratosfear" byłem tak zachwycony, że kupiłem ją (nowy winyl) przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nastąpiło to podczas mojej wyprawy do sklepu muzycznego w Krakowie przy ul. Floriańskiej w kwietniu 1983 r. (niestety nie potrafię podać nazwy tego sklepu, ale jest możliwym, że był to istniejący także obecnie sklep muzyczny "Music Corner"). W tamtym czasie kosztowała ona 4.500 zł co było wartością odpowiadającą ok. 80% mojego ówczesnego miesięcznego zarobku. To była wielka miłość do muzyki tego zespołu, ale także był to objaw dużego szaleństwa, aby aż tak wielką sumę pieniędzy dać za płytę muzyczną. To tak, jakby obecnie powiedzieć komuś, aby przy zarobkach ok. 1.500 zł na miesiąc kupił płytę za np. 1.000 obecnych złotych.
Zespół Tangerine Dream po raz pierwszy zobaczyłem w jednym z odcinków serialu Tony Palmera pt.: "All You Need Is Love: The Story of Popular Music" z 1976 r. wyświetlanym w PRL w 1981 r. pt.: "Historia muzyki rozrywkowej" (jego polskim lektorem był Wojciech Mann). Dokładniej rzecz biorąc był to 16 a zarazem ostatni z odcinków tego serialu pt.: "Imagine: New Directions". Odcinek ten poświęcony był wówczas najnowszym i najbardziej obiecującym - zdaniem reżysera - wykonawcom działającym wówczas na rynku zachodniej muzyki popularnej. Nie całkiem była to prawda, bo reżyser pominął intensywnie rozwijający się wówczas ruch punk, ale widocznie nie uznał tworzonej przez niego muzyki za godną uwagi.
Jak już wspomniałem, w jednym z końcowych fragmentów tego odcinka zaprezentowano fragment nagrań koncertowych zachodnioniemieckiego zespołu Tangerine Dream. Faktycznie zaś wykorzystano fragment filmu nagranego na zlecenie Telewizji BBC z koncertu tej grupy w Katedrze w Coventry w dniu 4 X 1975 r. Ukazywał ona monumentalną architekturę jednej z najważniejszych europejskich świątyń chrześcijańskich, w której ustawiono futurystyczne wówczas instrumenty elektroniczne, na których grali statycznie zachowujący się członkowie zespołu wydobywający z tychże dziwnych urządzeń równie majestatyczną, mistyczną i pełną ukrytej mocy muzykę.
Przy tej okazji warto dodać, że nie był to pierwszy ani jedyny koncert zespołu Tangerine Dream w świątyni chrześcijańskiej. Pierwszym był koncert tej grupy w katedrze w Rheims we Francji w grudniu 1974 r. Koncert był udany, ale zaowocował donosem fanatycznych wyznawców do zwierzchnich władz kościelnych, co doprowadziło do wydaniu przez papieża zakazu urządzania tego rodzaju imprez w katolickich świątyniach. Tego rodzaju papieski zakaz nie obowiązywał jednak w protestanckiej Wielkiej Brytanii, gdzie władze kościelne zgodziły się na koncerty zespołu rockowego w angielskich katedrach w York, Liverpoolu i Coventry. Po latach (w 2007 r.) materiał ten wydano także na płycie DVD pt.: "Live At Coventry Cathedral 1975".
ASH RA
001 Ice Train (7:41)
- z albumu „Correlations” (1979)
002 Nightdust (21:50)
- z album "Age Of Earth" (1976)
ASH RA TEMPEL
003 Jenseits (20:52)
- z albumu “Join Inn” (1973)
004 Donna Weter (26:59)
- z albumu – “Correlation Box” (2008)
Pełny czas: 77:29
Poprzednią składankę poświeciłem w całości Klausowi Schulze, a obecną poświęciłem innemu wybitnie uzdolnionemu muzykowi niemieckiemu Manuelowi Goettschingowi. Wybrałem nagrania z kilku najlepszych płyt jego zespołów: Ash Ra Tempel i Ash Ra.
Świat nowatorskiej elektroniki na początku lat 70. był dość mały, więc nie jest przypadkiem że pierwsze wcieleni Ash Ra Tempel tworzyło trzech muzyków: Maunel Goettsching (gitara, śpiew, elektronika), Klaus Schulze (perkusja i instrumenty perkusyjne, elektronika) i Hartmut Enke (gitara basowa). W tym składzie zespół ten nagrał debiutancki album pt.: "Ash Ra Tempel" (1971). Gdyby zamiast Hartmuta Enke w składzie tej grupy znalazł się Edgar Froese, to mielibyśmy do czynienia z super triem muzyki elektronicznej. Ale i tak te dwie wielkie postacie, czyli Goettsiching i Schulze, w jednym zespole to więcej niż każdy fan mógłby oczekiwać.
Podobnie do innych klasyków niemieckiego elektronicznego rocka, grupa Goettschinga wyłoniła się z wybuchowej mieszanki polityczno-kulturanej jaka zaistniała w Zachodnich Niemczech w drugiej połowie lat 60. Tworzyły ją różne czynniki: rewolucja hipisowska a zwłaszcza jej muzyczny przejaw w postaci psychodelicznego rocka, nawiązywanie do własnej klasycznej tradycji muzycznej, a także młodzieżowa rewolta 1968 roku. Wiara w zmianę i chęć rozwoju charakterystyczna dla każdego młodego pokolenia zaowocowały tutaj stworzeniem własnej oryginalnej muzyki popularnej.
Najpierw powstała lokalna odmiana progresywnego rocka, zwana pogardliwie przez krytyków brytyjskich kraut rockiem. Była to muzyka mniej komercyjna niż klasyczny brytyjski progresywny rock, z większą ilością zawiłej i mniej przewidywalnej pod względem melodycznym i formalnym muzyki. Na przełomie lat 60. i 70. XX w. w takim stylu nagrano w Niemczech Zachodnich wiele płyt, które do dzisiaj nie straciły nic ze swej atrakcyjności, choć nie zyskały masowego odbiorcy.
Część muzyków tego środowiska w poszukiwaniu nowych brzmień i oryginalnego stylu zwróciła się w kierunku muzyki elektronicznej. Jednym z takich nowo powstałych zespołów był Ash Ra Tempel. Był to czas, że instrumenty elektroniczne dopiero wchodziły na rynek. Tymi instrumentami elektronicznymi były analogowe syntezatory. Były one bardzo drogie, a granie na nich wymagało od muzyków nauczenia się ich obsługi a także niezwykłej wyobraźni i wyczucia. Początkowo zespoły te wykorzystywały także dotychczas znane w muzyce rockowej instrumentarium, głównie gitary, perkusję, ale także np. flety itp. Dopiero z biegiem czasu muzycy, którzy zdecydowali się rozwijać styl elektroniczny znacznie ograniczyli lub całkowicie zrezygnowali z wykorzystania tradycyjnych instrumentów na rzecz elektroniki.
W takich okolicznościach, w pierwszej połowie lat 70. w Niemczech Zachodnich, wykształciła się grupa wykonawców rocka elektronicznego. Najważniejszymi z nich byli: Ash Ra Tempel, Tangerine Dream, Cluster i Kraftwerk. Z ich kręgu pochodziło też pierwsze pokolenie wybitnych solistów grających muzykę elektroniczną, m.in. dwaj gitarzyści: Manuel Goettshing i Edgar Froese, dwaj perkusiści: Klaus Schulze i Harald Grosskopf.
W twórczości Manuela Goettschinga i jego zespołów w latach 70. XX w. można wyróżnić dwa okresy: 1) gdy jego formacja nazywała się Ash Ra Tempel, 2) gdy jej nazwa uległa skróceniu do Ash Ra (od 1976 r.). W pierwszym okresie grupa nagrywała najczęściej po dwie długie kompozycje na każdej płycie. Jedna z nich była zazwyczaj bardziej refleksyjna i psychodeliczna, a druga bardziej rockowa i dramatyczna.
Ogólnie rzecz biorąc była to muzyka dość awangardowa i przesiąknięta poszukiwaniem nowych form estetycznego wyrazu. W epoce, krytycy określali ją jako kosmiczną i atmosferyczną. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że była eksperymentalna i ambientowa, ale wówczas styl ambient jeszcze nie został wynaleziony, więc nie można było jej tak określić. Z powodu dominacji w muzyce rockowej tego okresu j. angielskiego Manuel Goettsching zrezygnował z tekstów w j. niemieckim ograniczając wokalizy do roli instrumentalnej.
W drugim okresie zespół postanowił zwiększyć swoje możliwości na rynku komercyjnym, stąd skrócił cześć swoich utworów, wprowadził więcej tradycyjnej rockowej rytmiki i bardziej przyswajalnej dla masowego odbiorcy melodyki. Jakby zewnętrznym przejawem tych zmian było skrócenie jego nazwy do Ash Ra. Także w tym okresie partie wokalne pełniły jedynie drugorzędną rolę w stosunku do muzyki.
Na tę składankę wybrałem głównie nagrania reprezentujące ten eksperymentalny, nastrojowy i atmosferyczny nurt w jego twórczości, a więc nagrania: "Nightdust" ("Nocny pył") i "Jenseits" ("Po tamtej stronie"). Nieco inny charakter ma utwór "Donna Weter" zamieszczony na czwartej płycie pięciopłytowego boxa z pełnym zapisem sesji do albumu "Correlations" ("Korelacje") z 1979 r. a wydanego w całości w 2008 r. Cechą charakterystyczna tego nagrania jest wyrazisty rytm stworzony za pomocą syntezatorów i perkusji (za którą Harald Grosskopf) budujący dramaturgię utworu. Na jego tle partie gitary malują niesamowite obrazy dźwiękowe jakby nie mające granic. Aż dziw bierze, że ten wyjątkowo dobry utwór aż 29 lat czekał na opublikowanie.
Z tej samej płyty pochodzi także otwierająca tę składankę kompozycja "Ice Train" ("Lodowy pociąg"). To naprawdę dobry utwór, ale znalazł się tutaj tylko dlatego, że nie mogłem na płycie zmieścić już ani jednego dłuższego nagrania zespołu Ash Ra Temple, np. takiego "Schwingungen" ("Kołysania").
Obecnie muzykę graną przez Ash Ra Tempel portal allmusic.com zalicza do gatunków: pop/rock, Avant-Garde i New Age, a w ich ramach do stylów: Adult Alternative, Art Rock, Experimental Rock, Kraut Rock, Minimalism, Prog-Rock, Progressive Electronic i Space Rock. Jednak jakbyśmy nie nazywali tej muzyki zawsze będzie ona czymś więcej niż nawet bardzo dobra rockowa kompozycja, a już na pewno o całą wieczność lepsza od miałkich pioseneczek z obecnych list przebojów. Jeżeli muzyka rockowa jest sztuką, a jestem o tym przekonany że jest, to muzyka zespołów Ash Ra Tempel i Ash Ra jest tej sztuki dobrym przykładem.
Wszystkie te nagrania, oprócz "Donna Weter" usłyszałem po raz pierwszy na początku lat 80. w audycjach Jerzego Kordowicza nadawanych w Programie Trzecim Polskiego Radia. Utwór "Jenseists" usłyszałem w audycji "Muzykobranie" nadanej 19 X 1981 r. a następnie w audycji "Klasycy syntezatorów" nadanej 20 V 1982 r. Gdy go wówczas słuchałem byłem wstrząśnięty przejmującym egzystencjalnym smutkiem tego utworu i tak pozostało do dzisiaj. W tej drugiej audycji po raz pierwszy usłyszałem też utwór "Ice Train". W tym samym cyklu audycji "Klasycy syntezatorów" usłyszałem też utwór "Night Dust" w dniu 17 VI 1982 r.
Nie wiem czemu na portalu w http://gembon.rockmetal.art.pl/ksyn/ksyn1.htm zapisano, że to nagranie Haralda Grosskopfa. On grał na tej płycie, ale głównym jej kompozytorem, a zwłaszcza tego nagrania był na pewno Manuel Goettsching.
W załączniku utwór "Jenseits" z albumu Join Inn" z 1976 r.
KLAUS SCHULZE
001 Floating (27:15)
- z albumu – „Moondawn” (1976)
002 Friedrich Nietsche (24:52)
003 Georg Trakl (26:12)
- z albumu - “X” (1978)
Pełny czas: 78:24
Tym razem proponuję kilka utworów niemieckiego kompozytora i wykonawcy, a także wirtuoza instrumentów elektronicznych Klausa Schulze. To jeden z twórców rocka elektronicznego, a zwłaszcza tej jego części, która tradycyjnie nazywana jest "szkołą berlińską" (Berlin School) elektronicznego rocka.
Fachowy portal allmusic.com przypisuje obecnie jego twórczość do trzech gatunków: Electronic, Avant-Garde i Pop/Rock, w ich ramach do następujących stylów: Avant-Garde Music, Experimental Electronic, Kraut Rock, Space Rock i Ambient.
Wydaje się, że bardziej trafnie określił twórczość Klausa Schulze portal rateyourmusic.com przypisując ją do następujących gatunków: Progressive Electronic, Berlin School, Space Ambient, Electronic, Ambient, Film Score.
Muzyka tworzona przez Klausa Schulze, a zwłaszcza ta jej część, która nazywana jest stylem "szkoły berlińskiej" jest tym, czego najbardziej lubię słuchać u niego i w muzyce elektronicznej. Lubię bowiem muzykę instrumentalną z długimi i rozbudowanymi utworami, która stopniowo się rozwijają, czy to na zasadzie ewolucji, czy wariacji, czy w inny sposób. Ich forma i brzmienie sprzyja refleksji i stopniowemu zatopieniu się w ich wnętrzu, tak jakby się było częścią tworzonej muzyki. Człowiek czuje się wówczas spokojny i szczęśliwy. Słuchając tej muzyki dosłownie czuje się "palec Boży" nad sobą. To muzyką którą najczęściej słucham, bo zawsze dobrze na mnie działa. Choć trzeba przyznać, że niekiedy skłania ona do melancholii.
Klaus Schulze zaczynał jako perkusista, stąd ważną rolę w jego muzyce odgrywają sekwencje nadające jego utworom określony rytm. Najczęściej wyłaniają się one stopniowo z rozwijającej się melodii, najczęściej kilku melodii prowadzonych obok siebie. Poszczególne części jego kompozycji przechodzą płynnie od fragmentów cichych do głośnych, czy jak kto woli, od refleksyjnych do bardziej dynamicznych, ale zawsze wyczuwalna jest w nich przemyślana forma muzyczna z elementem transowym.
Po raz pierwszy w życiu usłyszałem nagrania Klausa Schulze w dwóch audycjach "Studio Stereo" nadawanej wówczas w soboty wieczorem w Programie IV Polskiego Radia. Właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałem wówczas album "Moondawn" z 1976 r. W audycji tej nadano go w dwóch częściach: 5 i 12 XII 1981 r. Niestety jako młody meloman nie miałem wolnej taśmy (kasety magnetofonowej), stąd nie mogłem utrwalić tych utworów do późniejszego odsłuchiwania. Z tego powodu w te dwa wieczory tylko mogłem słuchać utworów z tej płyty, ale nie mogłem ich nagrać. Z tego powodu było mi wówczas bardzo, ale to bardzo przykro.
W dniu 12 grudnia, czyli w sobotę, obchodziłem swoje 18 urodziny, które faktycznie miałem kilka dni wcześniej. W nocy z 12/13 grudnia wprowadzono stan wojenny w Polsce. Ja się o tym dowiedziałem dopiero następnego dnia przed południem. Jak wszyscy - byłem w szoku!
Gdy go po raz pierwszy wtedy usłyszałem nagranie "Floating" , od razu się w nim zakochałem, choć z powodu niewiedzy pomyślałem, że ten Schulze to naśladowca zespołu Tangerine Dream. Obecnie wiem, że album "Moondawn" na którym znajduje się to nagranie było, jest i na zawsze pozostanie, jednym z najbardziej nowatorskich, oryginalnych i udanych albumów Klausa Schulze a także całej muzyki elektronicznej, a zwłaszcza stylu zwanego "szkołą berlińską".
Gdy w lipcu 1983 r. Klaus Schulze przyjechał do PRL, to byłem w szoku, bo do naszego kraju wówczas przejeżdżało bardzo mało zachodnich wykonawców. Instrumentalny charakter muzyki Klausa Schulze zadecydował o tym, że władze uznały ją za bezpieczną (brak tekstów gwarantował, że nie mogło być w nich ukrytego politycznego przesłania dla słuchaczy) i zgodziły się na to tournee. Klausa Schulze wspomagał w tym tournee inny niemiecki instrumentalista Rainer Bloss (niedawno zmarły). Efektem koncertów tych dwóch muzyków w Polsce był podwójny album koncertowy "Dziekuje Poland Live '83" wydany w 1983 r.
Wszystkie trzy nagrania pochodzą z drugiej połowy lat 70. XX w., kiedy Schulze nagrał swej najlepsze i najbardziej nowatorskie płyty w stylu "szkoły berlińskiej".
001 JOHN LENNON - Just Like Starting Over (3:57)
002 JOHN LENNON - Jealous Guy (4:16)
003 FOCUS - Janis (3:08)
004 ELTON JOHN - Song For Guy (5:08)
005 SPOOKY TOOTH - I'm The Walrus (6:25)
006 LED ZEPPELIN - The Rain Song (7:39)
007 CLAPTON & WINWOOD - Double Trouble (8:06)
008 THE POLICE - Synchronicity I (3:23)
009 THE CLASH - Rock The Casbah (3:43)
010 THE CLASH - The Guns Of Bixton (3:14)
011 UK - Danger Money (8:13)
012 UK - Rendezvous 6:02 (5:00)
013 THE ALAN PARSONS PROJECT - The Raven (4:07)
014 THE ROLLING STONES - Angie (4:32)
015 ROBERT PLANT - Big Log (5:04)
Całkowity czas: 76:24
To fantazyjny wybór różnych moich ulubionych nagrań. Dla niektórych może to być szokujące, dla innych w sam raz.Wszystkie nagrania pochodzą z lat 70. i 80. XX w.
W teledysku utwór "Song For Guy" Eltona Johna. Niezbyt lubię tego artystę, ale do tego nagrania mam dużą słabość. Gdy pierwszy raz usłyszałem go w Polskim Radio, to dowiedziałem się z komentarza Piotra Kaczkowskiego, że Elton Jon skomponował ten utwór na cześć posłańca zatrudnionego w studio nagraniowym (lub też w jednej z londyńskich gazet).
Wówczas nie wiedziałem, że Elton John jest homoseksualistą a skomponowana przez niego piosenka jest wyrazem miłości do wspomnianego chłopaka w którym się zakochał.
001 FAT BOY SLIM - Right Here Right Now (6:28)
- nagranie z albumu „You’ve Come a Long Way, Baby” (1998)
002 REM - Drive (4:32)
003 REM - Try Not To Breathe (3:50)
004 REM - Ignoreland (4:28)
- nagrania z albumu „Automatic For The People” (1992)
005 DEPECHE MODE - Personal Jesus (4:56)
006 DEPECHE MODE - I Want Now To Heaven And To Hold (3:45)
- nagrania z albumu „Violator (1990)
007 BLUR - For Tomorrow (4:20)
008 BLUR - Colin Zeal (3:16)
009 BLUR - Sunday Sunday (2:38)
- nagrania z albumu „Modern Life Is Rubbish” (1993)
010 PORCUPINE TREE - The Moon Touches Your Shoulder (5:41)
-nagranie z albumu „The Sky Moves Sideways” (1995)
011 RADIOHEAD - Exit Music For A Film (4:25)
012 RADIOHEAD - Lucky (4:20)
013 RADIOHEAD - The Tourist (5:25)
- nagrania z albumu „OK. Computer” (1997)
014 MICK JAGGER - Sweet Thing (4:19)
- nagranie z albumu „Wandering Spirit” (1993)
015 NICK CAVE - Lay Me Low (5:09)
- nagranie z albumu „Let Love In” (1994)
016 JAPAN - Nightporter (6:59)
- nagranie z albumu „Gentlemen Take Polaroids” (1980)
Całkowity czas: 75:01
To taki niezobowiązujący i fantazyjny zestaw nagrań miłych dla ucha, choć złożony z różnych stylów muzycznych i pochodzący z różnych epok. Na otwarcie mamy tutaj Fat Boy Slima i jego chyba najsłynniejszy przykład muzyki Big Beat. Potem mamy przedstawicieli muzyki alternatywnej, elektronicznej, pop rockowej, a nawet awangardowej. Wszystko to zlewa się na tej składance w jedną przemyślaną mozaikę muzyczną.
ARCHIVE
- nagrania z albumu „You All Look the Same to Me” (2002)
001 Again (16:19)
002 Meon (5:43)
003 Finding It So Hard (15:33)
PORCUPINE TREE
- nagrania z albumu “The Sky Moves Sideways” (1995)
004 The Sky Moves Sideways Phase 1 (18:39)
005 The Sky Moves Sideways Phase 2 (16:48)
006 Prepare Yourself (1:58)
Pełny czas: 75:14
W związku z charakterem, ale i wiekiem, należę do bardziej konserwatywnych słuchaczy muzyki, stąd wszystko co nowe jest dla mnie wysoce podejrzane i musi upłynąć trochę czasu, zanim się do tego przekonam. Ten nadmierny konserwatyzm doprowadził mnie kiedyś do sytuacji, że nie słuchałem niczego co nie miało przynajmniej 10 lat. W ten sposób sam siebie pozbawiałem dostępu do nowej dobrej muzyki.
Zmianę w tym zakresie przyniosło dopiero zapoznanie się ze mną z twórczością dwóch brytyjskich wykonawców: Archive i Porcupine Tree. Miało to miejsce ok. 2003 r., a więc jakieś 13 lat temu, czyli z mojej perspektywy całkiem niedawno. W obu wypadkach do wykonawców tych przekonali mnie najpierw moi koledzy, także melomani: Zbigniew G. i Jerzy K. Ale tutaj zaznaczam, że choć ich rekomendacje były istotne, to ich agitka nic by nie znaczyła, gdybym sam się nie przekonał do tej muzyki.
Z obszernej już teraz twórczości grupy Archive założonej w 1994 przez Dariusa Keelera (syntezator, pianino, programowanie, aranżowanie) i Danny'ego Griffithsa (syntezator, samplowanie, programowanie, aranżowanie, gitara basowa). Początkowo grupa grała typową muzykę lat 90, a więc mieszaninę elektroniki, breakbeatu, hardcore'u i trip-hopu.
Ale największy sukces, przynajmniej w niektórych krajach, osiągnęła, gdy porzuciła dawną stylistykę i przedstawiła własną odmianę muzyki progresywnej i psychodelicznej z silnym odcieniem eksperymentalizmu. Taki właśnie był album o przydługim tytule "You All Look the Same to Me" wydany w 2002 r i nagrany z udziałem nowego wokalisty Craiga Walkera. Anglosascy krytycy ukuli dla tego nowego stylu nową nazwę trip rock. Najbardziej udanym utworem tego albumu była ponad 16 minutowa kompozycja go otwierająca pt. "Again".
W Polsce najbardziej do popularyzacji tego zespołu przysłużył się - podobnie jak wielu innych wykonawców w przeszłości - znany prezenter Piotr Kaczkowski, który prezentował utwór "Again" w swoich audycjach w Programie Trzecim Polskiego Radia. Po jego nadaniu podnieceni słuchacze dzwonili do niego z pytanie, "kto to jest, co to jest i kiedy tego będzie można posłuchać więcej".
Z kolei zespół Porcupine Tree powstał już w 1987 r. z inicjatywy wokalisty, multiinstrumentalisty i kompozytora Stevena Wilsona. Faktycznie rzecz biorąc grupa zorganizowała się i powstała w 1993 r. Jej klasyczny skład, obok lidera tworzyli: Richard Barbieri (kybds, synth, piano, sound processing), Colin Edwin (bass), Gavin Harrison (dr, perc). Na pierwszych płytach nawiązywała bezpośrednio do klasyki progresywnego rocka, a w szczególności do nagrań grupy Pink Floyd. To ostatnie najbardziej uwidoczniło się w nagraniach z albumu “The Sky Moves Sideways” (1995) nawiązującego strukturą (podzial dłużej suity na dwie części) i brzmieniem do nagrań floydów z okresu "Wish Were Here". W tym miejscu trzeba podkreślić, że istnieją w sumie trzy wersje tego albumu różniące się utworami i ich układem. Do jego popularyzacji w latach 90. przyczynił się z kolei inny legendarny dziennikarz radiowy Tomasz Beksiński.
W późniejszych latach grupa stworzyła własny bardziej oryginalny styl nawiązujący brzmieniowo do progresywnego metalu, psychodelicznego rocka i rocka alternatywnego.
Obecnie Steven Wilson sam już jest klasykiem progresywnego rocka, ma własny imponujący dorobek albumów solowych i jest cenionym producentem płyt, czy raczej ich remasterowanych wznowień, dawnych klasyków rocka progresywnego, m.in. albumów King Crimson, Jethro Tull itp.
W linku odnośnik do utworu "Again" zespołu Archive wraz zapowiedzią Piotra Kaczkowskiego w jego legendarnej audycji "Minimax".